Strona główna/Aktualności/Jeżech z Rybnika/Marek Szołtysek: Wieprzkowy stres

Marek Szołtysek: Wieprzkowy stres

01.07.2023 Jeżech z Rybnika

Czerwiec to czas Bożego Ciała, odpustu Antoniczka, truskawek, końca roku szkolnego i początku wakacji. Z tym wszystkim mam dobre skojarzenia, choć z dzieciństwa pamiętam jeden czerwcowy stres. Były nim wieprzki, czyli agrest.

 Wieprzki, czyli agrest, zwie się też kudlonkami, bo na owocu są delikatne kudły, czyli włoski. Zdj. PixabayNie mam alergii na agrest. Ten owoc mi nawet bardzo smakuje na surowo, w ciastach czy w kompocie. Ja tylko w dzieciństwie nie cierpiałem obierać wieprzków z krzaka. Bo zawsze jak kończył się rok szkolny i zaczynał piękny wakacyjny czas, gdy koledzy jeździli na kole i grali w bal - to w naszym przydomowym ogrodzie dojrzewały te pierońskie wieprzki. Moim obowiązkiem zaś było obieranie tych owoców. Roboty tej nie szło wykonać szybko. Po prostu siedziałem jak niewolnik na ryczce koło krzaka i całymi godzinami zrywałem. Trzeba było uważać na kolce, bo to roślina ciernista. Ponieważ zaś mieliśmy w ogrodzie około tuzina dużych niskopiennych krzewów - to roboty było na ponad tydzień. Jednak zerwanie około pięciu wiader tych owoców to nie było wszystko. Potem jeszcze siadało się w ogrodzie na ławce i trzeba było każdy owoc wziąć do ręki i urwać z jego górnej części sztyngiel, czyli szypułkę oraz z dolnej części taki brązowy cycek, czyli resztki kwiatowe.

Dzisiaj agrest już mnie tak nie denerwuje, a obrywanie tych owoców traktuję nie jak pańszczyznę, ale jak relaks. Nawet zainteresowałem się historią agrestu na świecie i ustaliłem, że z Kaukazu sprowadzili go do Europy starożytni Grecy i Rzymianie. Jednak z końcem Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego na terenie Europy upadła kultura ogrodnicza, a krzewy agrestu zdziczały. Następnie w średniowieczu uprawianiem tych roślin zajęli się zakonnicy. Potwierdza to nazwa - AGREST, pochodząca od średniowiecznej łaciny, gdzie są słowa - agrestum i agrestinus, co znaczy - dziko rosnący. Mamy też dawne niemieckie określanie agrestu - Klosterbeeren, czyli jagody klasztorne. W każdym razie już w XVI wieku krzewy agrestu są w Europie rozpowszechnione i opisywane w botanicznych księgach.

Również starodawność uprawiania agrestu w Europie potwierdza bogactwo nazw. Bo ludzie powszechnie w ogrodach te krzewy uprawiali, jedli z nich owoce i nazywali je na wiele sposobów. Przykładowo w XVIII wieku we Francji pewne danie rybne z makreli jadano w sosie agrestowym i z tego powodu agrest nazwano - makrelami (maquereau). Ale we francuskich regionach jest jeszcze kilkadziesiąt innych nazw na agrest, jak - przytulanki (caconne). A chodzi tu pewnie o skojarzenie owłosionej skóry człowieka z delikatnymi włoskami agrestu. Podobnie po czesku agrest nazywany jest - włochatką (srstka) lub porzeczką włochatą (meruzalka srstka). Włoskie nazwy agrestu wynikają zaś z porównania tego owocu do winogron, stąd określają je tam: winogrona kolczaste (uva spina) albo ze względu na odgłos przy ich jedzeni - winogrona chrupiące (uva crispa). Natomiast pośród kilku sposobów nazywania agrestu w krajach anglojęzycznych, wspomnijmy tylko - gąski czy gęsie jagody (gooseberry). Analizując też bogactwo nazywania agrestu na ziemiach polskich, natrafić możemy na takie określenia jak: kosmatki, włosiny, włochaciny, miechynie, wieprzyny czy wapryny. Skupmy się jednak na kulturze Górnego Śląska, gdzie czasami w sąsiadujących ze sobą miejscowościach owoce te są odmiennie nazywane. Oto jakie określenia udało mi się spotkać:

agryz, angryz, angrest, hangryst, hangryski, sztachloki, sztachelbery, kudlonki, pieprzki i wieprzki.

Tych nazw jest pewnie więcej. Trzeba tylko jeździć po Śląsku od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka i pytać. Najlepiej poruszać się na rowerze, bo paliwo drogie. Także z pozycji roweru łatwiej zatrzymać się, gdy zauważymy ludzi w ogrodzie, by ich spytać o ten owoc. Właściwie takimi poszukiwaniami powinny się zająć wyspecjalizowane instytucje, ale one zwykle mają „bardziej naukowe” pomysły na realizację postulatów badawczych i wydawanie swoich budżetów. A szkoda, bo śląskie wieprzki, sztachloki czy kudlonki zasługują na ocalenie w sensie botanicznym, kulinarnym i kulturowym.

Publicysta
Marek Szołtysek
do góry