Strona główna/Aktualności/Nasz wywiad działa/100-lecie ILO w Rybniku. Dyrektor Chrószcz: "Trzeba mieć (..)

100-lecie ILO w Rybniku. Dyrektor Chrószcz: "Trzeba mieć nadzieję na wykształcenie kolejnych zacnych absolwentów"

13.10.2022Nasz wywiad działa

- Trzeba patrzeć w przyszłość i mieć nadzieję na wykształcenie kolejnych zacnych absolwentów, przede wszystkim zaś wartościowych i kompetentnych ludzi. Jak dotąd mamy powody do zadowolenia - mówi nam Tadeusz Chrószcz, dyrektor I LO świętującego 100-lecie.

Tadeusz Chrószcz, dyrektor I LO w Rybniku, świętującego 100-lecie istnienia. Zdj. Aleksander Król

Powiedzą: jakie 100-lecie? Szkoła jest starsza…

Szkoła nie jest starsza, ponieważ została założona w 1922 r. Stało się to po przejęciu Rybnika przez państwo polskie w wyniku powstań śląskich i plebiscytu. Została założona od podstaw, bo działająca w budynku Pruskiego Gimnazjum Królewskiego sprzed I wojny światowej szkoła niemiecka dla chłopców zakończyła swoją działalność w roku szkolnym 1921/22. Nie wydano wówczas nawet świadectw, nauczyciele wyjechali, zabierając dokumentację, a władze polskie nie przejęły uczniów byłej szkoły, tylko przeprowadziły rekrutację na podstawie metryk chrztu i znajomości języka polskiego.

Nie odżegnujemy się od tego, że to w czasach pruskich powstała znacząca część naszego obecnego budynku, warto jednak zauważyć, że niemieckojęzyczni uczniowie pruskiego gimnazjum, którzy pozostali w Rybniku, kontynuowali naukę w prywatnej niemieckiej szkole mniejszościowej i początkowo wynajmowali u nas trzy sale, dopóki dla niemieckiej szkoły nie został zbudowany nowy obiekt (obecnie SP 1 przy ul. Chrobrego).

Ciekawa i nietypowa była pierwsza matura w polskiej szkole, która odbyła się w 1923 r., bo przystąpiło do niej tylko dwóch abiturientów. To dowód na to, że większość uczniów, która została w polskim Rybniku, nie zdecydowała się na dokończenie kształcenia w szkole polskiej. Były wyraźne gesty zerwania z tradycją i to po obu stronach - jeden organ prowadzący wcześniej szkołę ją zamknął, drugi organ dawał wyraźnie do zrozumienia, że zaczyna od początku.

Te procesy były skomplikowane, wybory trudne. Możemy sobie tylko wyobrażać, jaka panowała wtedy atmosfera. Powstania i początek działalności polskich władz to dla wielu mieszkańców Rybnika, wielu Ślązaków, czas wielkiego dramatu. W naszych śląskich rodzinach - ja też jestem Ślązakiem od wielu pokoleń - były różne sympatie: proniemieckie, propolskie i prośląskie. Była spora grupa Ślązaków, którzy nie czuli się ani Niemcami, ani Polakami. Powstania śląskie były wielką raną, odcisnęły swoje piętno.

Pewnie dlatego do dziś niektórzy mają problem z nazwą liceum…

Tak, ale to pojedyncze głosy. Jeszcze przed II wojną światową pojawiła się koncepcja, by nadać szkole imię Alfonsa Zgrzebnioka, czyli pochowanego w Rybniku przywódcy I i II powstania śląskiego. Zatem pomysł z „Powstańcami” był dawny. Jednak zanim ostatecznie nadano placówce imię, na tradycję naszej szkoły znaczący wpływ miał rok 1947, kiedy tuż po zakończeniu wojny, w zupełnie zmienionych realiach politycznych, obchodzono jubileusz 25-lecia. Ufundowano wówczas sztandar z wizerunkiem Matki Boskiej i słowami OJCZYZNA, NAUKA, CNOTA, PRACA, wmurowano też tablicę z nazwiskami absolwentów i profesorów poległych podczas wojny (pojawia się na niej nawet „Katyń”), oraz wydano okolicznościową publikację „W odzyskanej szkole”. Wydaje się, że właśnie pokolenie wojennej traumy wywarło decydujący wpływ na kształt szkolnej tradycji.

W 1947 wmurowano tablicę z nazwiskami poległych podczas II wojny światowej. Zdj. Aleksander Król

Imię „Powstańców Śląskich” zostało nadane w 1958 r., w czasach dużej politycznej presji. Chciano wybrać na patrona któregoś z liderów ruchu komunistycznego. Na szczęście sytuacja została uratowana przez wybitną, wspaniałą polonistkę Wandę Różańską, córkę powstańca, więźniarkę Ravensbrück, która zaproponowała imię „Po wstańców Śląskich”. Dzięki temu udało się uniknąć nazwiska jakiegoś dygnitarza, którego pewnie dziś byśmy się wstydzili.

Wtedy też na attyce budynku powstała płaskorzeźba autorstwa profesora Konarzewskiego, absolwenta, przedstawiająca symbolicznie scenę z walk powstańczych.

Dopiero w 1958 roku na attyce pojawiła się charakterystyczna płaskorzeźba ze scenką powstańczą. arc Muzeum w Rybniku

Kolejnym etapem kształtowania szkolnej tradycji było 50-lecie szkoły, w roku 1972. Obchody miały podwójny charakter - osobne uroczystości odbywały się w kościele św. Antoniego z udziałem ks. kardynała Bolesława Kominka, czyli absolwenta polskiej szkoły z 1923 r. Natomiast władze świeckie zorganizowały niezależną imprezę w teatrze. Do dziś wspomina się, że gdy jego eminencja kardynał Kominek wszedł na salę teatralną, otrzymał kilkunastominutową owację na stojąco, co rzecz jasna zdenerwowało przedstawicieli ówczesnych władz.

Wśród absolwentów kardynał, ale i arcybiskup, obecny prezydent Rybnika, sławny pianista i wiele innych wybitnych osób. Przypadek?

Najstarsza placówka w Rybniku, jeśli chodzi o szkoły średnie, ma najbogatszą tradycję, w związku z tym najdłuższą listę absolwentów, stąd też pewnie największą liczbę absolwentów znanych. Mamy na stronie internetowej długą listę takich osób, ale ona zawsze będzie niedoskonała, bo kto to jest znany absolwent? Są na niej sławni aktorzy nawet z hollywoodzką przeszłością, naukowcy, sportowcy olimpijczycy… Żużlowiec Kacper Woryna to nasz absolwent! Mamy też dziennikarzy, prawników, polityków, księży. Lista osób, które wyszły z naszej szkoły i w różnych dziedzinach zapisują się w historii, świadczy o tym, że szkoła żyje.

Trzeba żyć dniem dzisiejszym, pracować, patrzeć w przyszłość i mieć nadzieję na wykształcenie kolejnych zacnych absolwentów. Przede wszystkim zaś wartościowych i kompetentnych ludzi.

Jak dotąd mamy powody do zadowolenia. W ogólnopolskim rankingu utrzymujemy się na poziomie „Złotej Szkoły”.

Na jubileusz przygotowano specjalny medal. Zdj. Aleksander Król

No właśnie Rybnik to odwieczna rywalizacja I LO i II LO, „Powstańców” i „Hanki” - dziś „Frycza”. Trwa nadal?

Jeżeli ktoś chce bardzo rywalizować, to będzie to robił i będzie podniecał się wynikami, procentami, dziesiętnymi częściami i udowadnianiem, gdzie ktoś jest lepszy. Myślę, że my się przede wszystkim przyjaźnimy. Przyjaźni się młodzież - i to się dzieje poza strukturami szkolnymi, i przyjaźnią się i współpracują kadry pedagogiczne, dyrekcje szkół. Z mojej własnej uczniowskiej przeszłości pamiętam, gdy „Powstańcy” spłonęli w styczniu 1981 r. Aż do wakacji letnich nie było z nami co zrobić. Znaleźliśmy się w sytuacji szkoły wieczorowej. Chodziliśmy na drugą zmianę właśnie do ówczesnej „Hanki”, czyli II LO. Mówię to nieco żartobliwie, ale to było najlepsze pół roku podczas mojej edukacji licealnej. Pewnie też dlatego, że - umówmy się - ta nauka popołudniowa była troszkę umowna. Młodzież zawsze jest taka sama - jedni chcą się uczyć, ale generalnie większość osób poważnej presji próbuje uniknąć, i ja należałem do tej grupy. Wtedy mieliśmy więcej luzu.

Chyba istnieje dziś przekonanie, że w porównaniu z II LO, gdzie przykręcono śrubę, w „Powstańcach” jest ciut więcej luzu, ale w dobrym tego słowa znaczeniu - możliwości większej kreacji. „Powstańcom” bliżej do Stowarzyszenia Umarłych Poetów?

[Śmiech] Nie wypowiem się na temat tego, jak funkcjonują inne szkoły i jaki u nich poziom dyscypliny czy organizacji. Na pewno w jakimś stopniu to zależy od dyrektora. A ja jestem trochę artystą, nie chcę powiedzieć „szalonym”, ale człowiekiem o szerokim spojrzeniu. W zawodzie pracuję nieco ponad 30 lat i właściwie jest to czas ciągłej reformy. Nie ma kolejnego roku szkolnego, który odbywałby się według takiego samego schematu jak poprzedni. Myślę, że to niedobre. W edukacji potrzebny jest spokój, dystans i jakaś zrównoważona ocena, czy idziemy w dobrym kierunku, czy nie.

Jeżeli przez te lata ani jeden rocznik nie przeszedł przez szkołę podstawową i średnią, czy też podstawową, gimnazjum i ponadgimnazjalną, wiedząc na początku, co go czeka i jakie wymagania będą go obowiązywały na maturze, to daje to do myślenia. Przez lata nie wychowaliśmy ani jednego rocznika, którego nie dotknęłaby jakaś reforma.

Tych zmian jest za dużo. Ale to czynnik zewnętrzny, a pan pyta o atmosferę w szkole. Młodzież spędza tutaj około 40 godzin w tygodniu. To ogromna ilość czasu. Jeśli zapełnialibyśmy go tylko zrzucaniem na młodych ludzi kolejnych zadań, tobyśmy ich stłamsili, zniszczyli. Dlatego trochę luzu musi być. Człowiek najbardziej wartościowy to człowiek samodzielny, a by takim być, trzeba być twórczym, kreatywnym.

Dlatego nasza młodzież chętnie angażuje się w różne przedsięwzięcia. Długo by wyliczać imprezy, które mają długoletnią tradycję i markę - jak Festiwal Teatrów w Języku Angielskim czy Konkurs Poezji Metafizycznej albo Kinomaniak. Fajne są wymiany międzynarodowe. Gdy w zespole funkcjonowało gimnazjum, mieliśmy wypracowaną praktykę, że na koniec nauki był wyjazd naukowy do Wielkiej Brytanii, czasem połączony z wyjazdem do Irlandii. Był to też dodatkowy cel, dla którego warto było uczyć się intensywnie języka. Powiązane to było z ideą otwarcia na świat.

Ta idea otwarcia, tolerancji, kontaktu z człowiekiem, który jest inny od nas, jest bardzo ważna - chcemy ją młodzieży przekazywać i myślę, że to się udaje, o czym świadczą statystyki naboru.

Co roku mamy kilkudziesięciu, a nawet ponad 100 kandydatów więcej niż miejsc w szkole.

I LO bardziej dla humanistów czy ścisłowców?

Dbamy o to, by oferta była zrównoważona. W tej chwili w klasach pierwszych, a jest to zwiększony rocznik (to też jeden z efektów dokonanej kilka lat temu reformy), utworzyliśmy aż 9 klas pierwszych - po trzy biologiczno-chemiczne, matematyczno- -fizyczne czy matematyczno-informatyczne i humanistyczne. Przyjęliśmy 270 uczniów do pierwszych klas. Gdybyśmy patrzyli na osiągnięcia, to trudno stwierdzić, czy nasi uczniowie są lepsi z polskiego, czy matematyki. Najlepiej wychodzą - zresztą nie tylko u nas - egzaminy z języków obcych, języka angielskiego. Nie zależnie od naszego zaangażowania w poziom dwujęzyczny, czyli jeszcze wyższy niż rozszerzony (połowa szkoły uczy się angielskiego na poziomie dwujęzycznym), wydaje mi się, że oczekiwania egzaminacyjne są stosunkowo niskie i dlatego wyniki egzaminów z języków obcych wypadają najlepiej.

Mówiliśmy o zmianach systemowych. Trudno uczyć polskiego, gdy zamiast Gombrowicza jest wiersz o katastrofie smoleńskiej?

Chciałoby się, by szkoła była wolna od polityki. Żyję długo, długo jestem nauczycielem i nie jestem człowiekiem naiwnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to możliwe. Demokracja ma to do siebie, że władza się zmienia, a w latach mojej działalności jako nauczyciela języka polskiego tych zmian było dosyć sporo i mam wrażenie, że każda kolejna ekipa miała ambicje, by pozostawić po sobie jakąś pamiątkę. I była to też m.in. jakaś forma ingerencji w nauczanie języka polskiego, polegająca na tym, że coś wkładamy na listę lektur, a coś z niej zdejmujemy. Na szczęście nie jest tak, że nauczyciel nie ma swobody wyboru. Od niego zależy wszystko.

Oczywiście, że jestem za Gombrowiczem, ponieważ był to jeden z największych intelektualistów, jakiego Polska miała kiedykolwiek. Szkoda, że nie dożył Nagrody Nobla, ale był do niej nominowany. Wydaje mi się, że nie tylko polska szkoła, ale polskie społeczeństwo potrzebuje polskiego pisarza, który byłby jak Gombrowicz, krytyczny. I takich pisarzy mamy na liście lektur, poczynając od Kochanowskiego, który widział zagrożenia dla Rzeczpospolitej, przez Wacława Potockiego, Juliusza Słowackiego, Bolesława Prusa czy Stanisława Wyspiańskiego z jego „Weselem”, w którym stworzył satyryczny obraz Polaków. Byli to pisarze, którzy mieli odwagę mówić prawdę, a to największa wartość, także w wychowywaniu młodzieży.

Poza tym jestem zdania, że lista lektur po winna bardziej koncentrować się na zjawiskach współczesnych.

Młodzież czyta, tylko my musimy bardziej wsłuchiwać się w to, co ma do powiedzenia, bo i tak zrobi swoje z tym światem i krajem za klika lat. My, zamykając czy otwierając im jakieś szufladki, nie robimy niczego, co by na tych ludzi miało decydujący wpływ. Myślę, że oni swoje poglądy ukształtują, swoje ścieżki i teksty znajdą.

Kluczowy jest mądry polonista. Może trudniej niż polonistą jest dziś być historykiem…

Tak naprawdę świętujecie jubileusz 100-lecia przez cały rok. Był bieg, spływ i wiele innych wydarzeń, ale przed nami oficjalne uroczystości…

Zasłużeni dla szkoły otrzymają pamiątkowy medal. Zdj. Aleksander Król

14 października chcemy wziąć udział w uroczystej mszy w Bazylice św. Antoniego o godz. 10. Przyjął od nas zaproszenie ks. arcybiskup senior Damian Zimoń, nasz absolwent. Później odbędzie się uroczysta akademia w Teatrze Ziemi Rybnickiej, połączona ze złożeniem hołdu osobom szczególnie zasłużonym dla szkoły. Na tę okazję przygotowaliśmy okolicznościowy medal. Dzień później, 15 października, planujemy spotkanie z prof. Piotrem Palecznym (red. niestety profesor Paleczny jednak nie będzie obecny na uroczystościach), tego dnia chcemy też na terenie szkoły zorganizować zjazd absolwentów i wmurujemy kamień węgielny pod nową, pełnowymiarową salę gimnastyczną. W planach mamy jeszcze jedno przedsięwzięcie jubileuszowe - tzw. jufenalia, czyli Jubileuszowy Festiwal Nauki, spotkania czy warsztaty z ciekawymi ludźmi, naukowcami, naszymi absolwentami. W imieniu Rady Rodziców zapraszam też na bal, który będzie wieńczył rok stulecia liceum, a który odbędzie się w karnawale.

Rozmawiał Aleksander Król

do góry