Marek Szołtysek: Leczenie przez golenie
W 2026 roku przypada 155-lecie działalności Szpitala Juliusz w Rybniku, który rozpoczął leczenie w 1871 roku i jako instytucja medyczna przetrwał do 2000 roku. Ów rok 1871 był ważny, bo odtąd ludzie w Rybniku i w całym powiecie powszechnie mogli liczyć na profesjonalną pomoc, a domowe sposoby leczenia powoli odchodziły w zapomnienie. A jakie były te dawne domowe czy ludowe sposoby leczenia?

Rybniczanie wyrywali bolące zęby u kowala na Dworku
Dzisiaj słyszy się jeszcze, jak to można leczyć grypę czy bardziej przeziębienie, robiąc sobie herbatki lipowe albo inne ziołowe napary z dodatkiem czosnku, miodu i cytryny. Ale przecież z poważną infekcją idziemy do lekarza i oczekujemy „mocniejszych” leków. Natomiast już tylko dowcipną ciekawostką są opowieści, jak to dawniej Rybniczanie wyrywali bolące zęby u kowala na Dworku, albo leczyli się uniwersalną nalewką „kura-min”, kupowaną na targu od „króla zdrowio”.
Żaden by też nie chciał dziś takiej opieki medycznej, jaka w Rybniku była przykładowo w XVII i XVIII wieku w formie lazarytu, czyli szpitalika przy kaplicy św. Jana Chrzciciela. A ta instytucja zlokalizowana kiedyś niedaleko dzisiejszej ulicy św. Jana była w praktyce hospicjum dla nieuleczalnie chorych, którym oferowano w zasadzie tylko posiłek, podstawową pielęgnację, opiekę duchową i godną śmierć pod dachem.
O dawnych sposobach leczenia
Zatem do zajęcia się dawnymi sposobami leczenia zainspirowała mnie nie tylko owa 155. rocznica uruchomienia Szpitala Juliusz, ale też niezwykle ciekawa gawęda, jaką w Turzy Śląskiej na Przeglądzie Twórczości Ludowej wygłosiła przed miesiącem Maria Musioł. O dawnych sposobach leczenia – czy może lepiej powiedzieć – o leczniczych przesądach wie ona dużo, bo przed laty pracowała jako pielęgniarka i niejednego się dowiedziała.
A co udało mi się wynotować i zapamiętać z jej gawędy:
Gruźlicę leczono codzienną gorącą kąpielą w wodzie z rozmoczonym chlebem /.../;
Aby dzieci miały zdrową skórę, wodę po ich kąpieli trzeba były wylewać na trawę, a nie na gnój /.../;
Bolące oczy leczono przez ich wylizywanie, co często robiła lokalna znachorka /.../;
Brodawki zwane też kurzajkami można było zlikwidować przez ich obmywanie w potoku, ale tylko w czasie gdy na kościele biły dzwony informujące, że we wsi ktoś umarł. Podczas tego obmywania należało wypowiedzieć formułę: Umrzitymu dzwoniom – jo brodowki zgoniom!/.../;
Innym sposobem na likwidację brodawek było zawiązanie na węzeł czarnej nici nad brodawką, a potem tę nić należało zakopać w ziemi, a po czasie – jak mawiano – jak nić zgnije, to brodowka niy żyje /.../;
Na pozbycie się glist i owsików należało jeść pestki dyni albo robiło się maść z wody i żytniej mąki, którą smarowało się twarz i brzuch. Gdy to wyschło i stwardniało, to wszystko zdrapywało się tępą stroną noża. Ten sposób likwidacji pasożytów nazywano „golyniym glistow”/.../;
Bóle żołądkowe likwidowano przez posmarowanie brzucha „sokiem z fajfki”, czyli rozcieńczonym wodą osadem tytoniowym z fajki /.../.
Tyle z tej gawędy zapamiętałem, ale cenne w niej jest to, że opowieść pochodzi nie z pradawnych czasów, ale to treści zasłyszane zaledwie pół wieku temu w okolicach Turzy, 16 km od Rybnika, w dawnym powiecie rybnickim. I to mnie wcale nie dziwi, bo podczas moich studiów kolega ze Skrzyszowa (20 km od Rybnika) polecał mi na bóle gardła polewanie całego ciała przez miesiąc lodowatą wodą. Choć może by to pomogło, ale w obawie o życie nie skorzystałem z metody. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pomysły dawnej medycyny ludowej są naprawdę skuteczne.
A wy znacie jakieś stare lecznicze śląskie opowieści? Napiszcie!