Kapitan Baluch

13.07.2026 Miasto

Spacerowy stateczek „Ania” zabierający na swój pokład do 30 pasażerów pływać będzie już od nadchodzącego lata po sztucznym zbiorniku elektrowni „Rybnik” z górniczą banderą rybnickiej „Kotwicy”. Ok. 1000-kilometrowej długości śródlądowy szlak wodny z Mierzei Wiślanej na Górny Śląsk „Ani” prowadzić będzie Wisłą, Kanałem Bydgoskim, Notecią, Wartą i Odrą. Nie ulega wątpliwości, że biała „Ania” stanowić będzie atrakcję turystyczną na rybnickim „morzu”
– pisała Trybuna Robotnicza w dniu 25 maja 1973 roku. – To mój ojciec, Piotr Baluch, sprowadził wtedy „Anię” do Rybnika – opowiada nam Sabina Maczek, pokazując kronikę, którą prowadził legendarny kapitan z rybnickiego morza.

Zdj. Aleksander Król

Może to nie dziennik pokładowy, ale opasła księga pełna jest pożółkłych wycinków z gazet i czarno-białych zdjęć także z czasów, gdy w Rybniku nie było jeszcze w ogóle gigantycznego Zalewu, a żeglarstwo uprawiano na małym stawie z wysepką za basenem Ruda. Aż dziw, że na tak małym zbiorniku ścigały się kiedyś żaglówki!

– To tam narodziło się rybnickie żeglarstwo. Tata był jednym z założycieli wspaniałego ośrodka na stawie przy stadionie. On go zaprojektował – mówi pani Sabina, pokazując dawne, bardzo szczegółowe rysunki taty. Czego tam nie ma! Przystanie, pomosty dla kajaków, pawilon, a nawet zaplanowane trawniki i klomby.

Zresztą Piotr Baluch „rozrysował” potem też molo i przystań Kotwicy, nowego ośrodka, który dopiero miał powstać na nowym, największym akwenie na Śląsku. – Miałam może 7 lat, gdy dowiedzieliśmy się, że powstanie elektrownia i zaleją okoliczne wioski, by powstał zbiornik z wodą do jej chłodzenia – wspomina Sabina Maczek.
Rybnik wygrał wtedy los na loterii, bo Morze Rybnickie było największą atrakcją turystyczną Śląska.

– Żaglówki i wodoloty pływające po zalewie, ludzie opalający się na plaży i wspaniały ośrodek Kotwica. Tato organizował tam obozy żeglarskie. Z początku hangar służył jako noclegownia, była kuchnia polowa, którą tato zaopatrywał jeżdżąc starą Warszawą Garbuskiem. Na całej Kotwicy porozbijane były namioty, a przy molo cumowała nasza „Ania” – wspomina pani Sabina.

.

Opowiada, jak tata z panem Norbertem Wieczorkiem sprowadzili stateczek do Rybnika. Ile było przy tym zachodu! Zresztą potem było jeszcze więcej pracy – nieprzypadkowo kronika kapitana Balucha urywa się na informacji o pierwszych próbnych rejsach „Ani” na Zalewie Rybnickim.

– Potem tata nie miał już czasu na prowadzenie kroniki. Całe moje dzieciństwo pływał od rana do wieczora, także w weekendy przez kilkanaście lat – mówi Sabina Maczek. – Kochał „Anię”. Bardzo o nią dbał, pilnował konserwacji statku i corocznych przeglądów technicznych. Był przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa, nie pozwalał, by było więcej osób na pokładzie, niż przewidziano – wspomina.

A w wakacje do „Ani” ustawiały się kolejki.

– Nad Morze Rybnickie przyjeżdżały wycieczki z całego województwa śląskiego. W soboty i niedziele Ania praktycznie nie cumowała. Chętnych było tak wielu, że czasem na pomoście dochodziło do małych awantur, bo ktoś próbował wepchać się na pokład. – Ale tata był zawsze stanowczy, prosił, by poczekać na kolejny kurs – mówi pani Sabina.

.

Cały rejs trwał około 45 minut. Przez jakiś czas na dolnym pokładzie funkcjonował barek i można było zamówić sobie kawę, herbatę, jakieś słodkości. Były też wspaniałe wieczorne kursy – wspomina pani Sabina.

– Tata pływał wcześniej w długie dalekomorskie rejsy m.in. na jachtach Chrobry, Jurand i Śmiały. Miał pływać w Szwecji na handlowcach, mieliśmy się przeprowadzić z rodzicami do Świnoujścia, próbował pogodzić Morze i Śląsk, ale nie było to możliwe. Tu miał swoje „minimorze” – mówi pani Sabina z łezką w oku.

Potem wszystko się skończyło.

– Tata zmarł w 1993 roku. „Ania” pływała jeszcze kilka lat po zalewie, po czym została sprzedana. Na szczęście żeglarstwo w Rybniku nadal ma się dobrze. Jest wielu pasjonatów, którzy kontynuują przygodę żeglarską zapoczątkowaną przez tatę – mówi Sabina Maczek.

Dziś historia zatacza koło. Niedawno pasjonaci sprowadzili do miasta statek SP-45 wyprodukowany w Warszawskiej Stoczni Rzecznej w 1967 roku. Znów możemy popłynąć w rejs po Morzu Rybnickim!

Redaktor Naczelny
Aleksander Król