Basztowa zaprasza na rybnicki rynek
– Stawiamy na sprawdzone smaki! Nasza kuchnia jest typowo polska tradycyjna, pełna smaków dzieciństwa… – mówi Magdalena Hodór, która wspólnie z mężem Januszem i synem Szymonem zaprasza do nowo otwartej restauracji Basztowa. Na rybnickim rynku debiutują, ale na kulinarnej mapie miasta są obecni od 32 lat.

Wczoraj pracowali do późnego wieczora – w lokalu i przed lokalem krzątała się grupa osób – ktoś szuka łyżeczek, ktoś ustawia fotele pod parasolami, ktoś sprawdza sprzęt. – Niedawno dowieziono nam kawę, więc dopiero teraz mogliśmy wykalibrować ekspres... Ale to już nasze ostatnie szlify – mówi zmęczona, ale uśmiechnięta restauratorka, która co chwila musi odpowiadać przechodniom, kiedy otwarcie lokalu. Na stole leży karta jeszcze bez twardych opraw, ale już pełna dań.
– Kuchnia jest typowo polska tradycyjna, pełna smaków dzieciństwa, jest więc m.in. rolada wołowa, kaczka, polędwiczki w sosie grzybowym czy szyszka drobiowa - mięso naszego pomysłu, które od ponad 20 lat mamy w ofercie. Są też nasze słynne placki z gulaszem, ale również z grzybami czy śmietaną oraz gołąbki jarskie w sosie pomidorowym, bo myślimy też o osobach, które nie jedzą mięsa. Będziemy rozbudowywać tę kartę o potrawy sezonowe – jesienią postawimy na dynie i grzyby, a zimą na żeberka i golonko – opowiada Magdalena Hodór.
Do Basztowej zaprasza też łasuchów na tradycyjny tort „ptasie mleczko”, śląską szpajzę, galaretkę z owocami i bitą śmietaną czy sernik z sosem owocowym.

W menu znajdzie się też coś dla dzieci i coś dla zabieganych, bo rynkowa Basztowa od 8.30 będzie serwować śniadania. – Na miejscu lub na wynos, na słodko i wytrawnie, a będziemy podawać m.in. swojskie robione przez nas wędliny i pasztety – opowiada Rybniczanka.
Restauracja, w której jest też koktajlbar, czynna będzie codziennie od 8.30 do 21.00 (z wyjątkiem najbliższego poniedziałku), a do dyspozycji klientów są 24 miejsca i kolejne 30-40 na zewnątrz. O obsługę zadba 12-osobowa grupa kelnerów i kucharzy.

Nowe wyzwania
Jeszcze w kwietniu było tutaj Aperitivo. W połowie maja miejsce przejęli nowi restauratorzy, a zaczęło się od postu na FB o lokalu do wynajęcia, który Janusz Hodór rozesłał wśród swojej rodziny.
– Zażartowałam wtedy: „bierzemy to?”, oczywiście z przymrużeniem oka, bo nie miałam takich planów, ale nasz syn wciąż wracał do tematu… – opowiada pani Magda, która będzie prowadzić restaurację wspólnie z mężem Januszem i starszym synem Szymonem.
Dziś w dniu otwarcia częstowała gości wyrobami Basztowej. Było smacznie i gwarno. - Jeżeli faktycznie uda się nam podtrzymać taki entuzjazm, jaki się tutaj słyszy, to będzie dobrze – mówi restauratorka.

Podkreśla, że to duże wyzwanie, ale jest optymistką. - Zobaczymy, jak to się ułoży, ale mam w sobie takie uczucie spokoju. Na rybnickim rynku jest wiele lokali, ale typowej smacznej polskiej kuchni w dobrej cenie nie ma. Oczywiście wszystko będzie zależeć od naszych klientów, czy zechcą nas odwiedzać – mówi.
Otwarcie restauracji planowali już w lipcu, ale remont potrwał dłużej niż się spodziewali.
– Jeszcze trzeba ten wystrój dopieścić, chcemy nawiązać do nazwy lokalu, więc planujemy tu repliki szabel, kufle i kielichy z jakich dawniej piło się na zamkach – planuje.
W lokalu jest też piec do pizzy, więc być może również ona będzie tu podawana. – Okazało się, że ten piec świetnie nadaje się też do wypieku pieczywa czy podpłomyków. Mamy wiele pomysłów i chcemy się rozwijać, bo możliwości jest dużo, a my mamy spore doświadczenie – mówi.
Są w Rybniku już 32 lata – pewnie wielu z nas było już na jakiejś rodzinnej uroczystości w ich siedzibie w dzielnicy Rybnik-Północ.
– Organizujemy głównie przyjęcia, a w ich trakcie zwykli klienci nie mogli posmakować naszej kuchni, teraz wreszcie będziemy mogli zaprosić ich na rynek – mówi Magdalena Hodór.

- To nowy rozdział naszego życia i spore wyzwanie, ale też kontynuacja rodzinnej tradycji, którą rozpoczęli moi rodzice Teresa i Piotr Michalscy, 32 lata temu, dokładnie 1 maja, kiedy odbyła się u nas pierwsza uroczystość pierwszokomunijna. Mimo że rodzice byli właścicielami, to my od początku się angażowaliśmy, łącznie z budową, nosząc cegły, więc mamy ogromny sentyment i ogromny szacunek do tego rodzinnego przedsięwzięcia. Niestety, moja mama zmarła w zeszłym roku, więc nie doczekała tych wszystkich zmian... Przychodziła na rynek, do tego lokalu na kawę, specjalnie żeby napatrzeć się na ten piękny żyrandol, a teraz on zdobi już nasz lokal… Więc to dla nas również wzruszające wspomnienie. Myślę, że mama patrzy na nas z góry i jest bardzo dumna z tego, co zrobiliśmy – mówi Magdalena Hodór.