Strona główna/Gazeta Rybnicka/Dzielnice Rybnika/Ligota-Ligocka Kuźnia/Trzeba być silną, żeby być kobietą z rodziny górniczej

Trzeba być silną, żeby być kobietą z rodziny górniczej

03.12.2023 Kultura i rozrywka

Słyszysz: górnictwo, myślisz: mężczyźni. Ale to właśnie kobiety były fundamentami rodzin górniczych - dbały i wychowywały, integrowały i pracowały zawodowo, również w kopalniach. - A jednak nie ma ich w powszechnej świadomości - mówi rybniczanka Monika Glosowitz, która postanowiła to zmienić i oddała głos kobietom stąd - Józefie, Mirce, Eleonorze, Stefanii, Barbarze, Celinie, Aleksandrze… Tak powstały „Pamiętniki kobiet z rodzin górniczych”.

Monika Glosowitz - córka, wnuczka i prawnuczka górników postanowiła oddać głos kobietom z rodzin górniczych. Zdj. Wacław Troszka

I pomyśleć, że chciała tylko stworzyć klub literacki… Tymczasem projekt, który Glosowitz wymyśliła przed rokiem, doczekał się warsztatów, dwóch konkursów, sesji fotograficznej, wystawy pamiątek, wreszcie książki „Pamiętniki kobiet z rodzin górniczych”, która ukaże się 20 grudnia. Zaczynała go w Czerwionce-Leszczynach z 7 kobietami. Dziś to 23 opowieści kobiet z całego województwa.

- Wróciłam do rodzinnego domu, urodziłam dwóch synów i w którymś momencie poczułam, że chciałabym zrobić coś, by zakorzenić się tu na nowo - wspomina dr Monika Glosowitz, badaczka literatury z Instytutu Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego, córka, wnuczka i prawnuczka górników.

Postawiła na kobiety, ale zaczęła od pamiętników górników. - Kobiety były tam ledwo tłem. I nie chodziło nawet o kobiety górniczki, ale o kobiety w ogóle - mówi Glosowitz. Ślady kobiet z górnośląskich rodzin górniczych z trudem odnajdywała w muzeach, obiektach powstających na bazie rewitalizowanych zakładów przemysłowych i w literaturze.

- Nawet w „Drachu” Twardocha kobiety są nieme - ocenia.

Pomogła więc im przemówić. - Projekt „Pamiętniki kobiet z rodzin górniczych” ma wyciągać kobiece głosy z przestrzeni niepamięci - tłumaczy rybniczanka. Zaczęła w Czerwionce, gdzie w 2000 roku zamknięto kopalnię Dębieńsko.

Ernestyna Kubecka, jedna z autorek pamiętników. Zdj. Karolina Jonderko

* Patrycja: Jeżeli klejnotem Górnego Śląska przez wieki było to, co znajduje się pod powierzchnią ziemi, to z pewnością Ślązaczki były i nadal są filarami, które utrzymują w porządku to, co jest na powierzchni. Stanowią źródło rodzinnej harmonii, które wytrzymało i wytrzyma niejedno tąpnięcie.

Barbara: Nawet niy wiym richtich wiela pokolyń braci górniczyj boło w naszyj famili, bo jak ino fest pomyśla, to wszyscy: dziadkowie, ujkowie, a nawet ciotki robioły na grubie. Moi rodzice tyż - tata boł ślusorz maszynowy, a mama dorobiała jako goniec. Jo, jako że urodzono w tej famili i we dodatku w grudniu, nazywom sie Barbara i bołach takom patronkom tych wszyskich naszych ciynżko pracujoncych pod ziymiom.

Eleonora: Jak żech już trocha przerobiła, zrobili nom rajza szolom na dół. Górniki nos przywitali „Szczęść Boże” i pokozali, jak wyglondo robota przy kombajnie. Tam nikogo bych nie poznała, choby to był górnik z mojego oddziału. Tam yno widzisz oczy, a reszta wszystko czorne.

* Fragmenty pamiętników

- To forma sagi rodzinnej - mówi Glosowitz o opowieściach czterech pokoleń kobiet. Aleksandra napisała o swojej ukochanej babci Lyjnie, Agata o strachu o Jakuba, górnika-rapera, Gabriela o pracy w markowni, a Maria o tym, jak opiekowała się domem i prowadziła gospodarstwo.

- Projekt miał dowartościować żony górników niepracujące zawodowo, niewidoczne, bo pracujące w domach. Nie spodziewałam się jednak, że będzie aż tyle opowieści samych górniczek - mówi Glosowitz.

Jest wśród nich geofizyczka Małgorzata Knopik, która regularnie zjeżdża pod ziemię i bada zagrożenia tąpnięciami, czy Józefa Szubert, która zaczynała jako stażystka, a na emeryturę przeszła jako nadsztygarka w kopalni Szczygłowice. - Wspólnie z panią Józefą i Karoliną Jonderko, córką górnika z Rydułtów, fotograficzką i laureatką nagrody World Press Photo, którą namówiłam do sportretowania 10 uczestniczek naszego projektu, zwiedziłyśmy kopalnię Szczygłowice. Byłyśmy zaskoczone - my, córki górników - jak wiele kobiet pracuje w zakładzie przeróbki mechanicznej, do tego w tak trudnych warunkach: hałasie, wysokiej temperaturze i zapyleniu - opowiada Monika Glosowitz.

Józefa Szubert zaczynała jako stażystka, a na emeryturę przeszła jako nadsztygarka w kopalni Szczygłowice. Zdj. Karolina Jonderko

Stefania: Mama wykonywała ciężką, brudną i niebezpieczną pracę na sortowni, gdzie urobek był wysypywany na ruchomą taśmę, z której kobiety wybierały kamień. Mama przepracowała na sortowni 13 lat. Ja zaczęłam jako 17-latka, w dziale ratownictwa górniczego, w maskowni. Dziś mam 84 lata.

Aleksandra: Sąsiedzi wspominali babcię Lyjnę jako tę, która miała dom pełen dzieci, ale dzieci te były zawsze zadbane, oprane z wyszkrobionymi kołnierzykami w fartuszkach. Nikomu nie odmawiała pomocy. Ja, która latałam wiecznie z kluczem na szyi, bo mama pracowała na zmiany, nie rozumiałam, że u babci klucz leży na romie, a drzwi się nie zamykają.

Ewa: Z dowcipów taty zapamiętałam jeden: - Jaka jest różnica między gorolkom a Ślonzoczkom? Gorolka zje wszystkie owoce na surowo, a Ślonzoczka wszystko zaprawi (zrobi przetwory). I tak też u nas było. Wszystko co dobre lądowało w krauzach (słoikach).

W „pamiętnikach” przeczytamy też o sztrykowaniu, starkach, opach i omach, o świniobiciu, obchodach Barbórki i poszukiwaniu „kawalera z wonglem”.

- To biografia zbiorowa - podobne kobiece życiorysy, doświadczenia i sposoby oswajania rzeczywistości. W tych opowieściach jest też humor. Pomagał on rozbrajać trudne przeżycia i doświadczenia, z którymi kobiety musiały sobie radzić. Bo trzeba być silną, żeby być kobietą z rodziny górniczej - mówi Monika Glosowitz.

- Ten projekt ma charakter afirmacyjny. Zależało mi, by duma wybrzmiała z tych opowieści - mówi Glosowitz. Zdj. WaT

I dodaje: - Choć uważam, że nie ma czegoś takiego jak typowa śląska kobieta z rodziny górniczej, istnieje tylko zbiorowe wyobrażenie, to jednak z tych opowieści wyłaniają się pewne łączące je emocje, jak strach, czasami wstyd, ale też to, co mocno mnie zaskoczyło - duma. Dlatego ten projekt ma charakter afirmacyjny. Zależało mi, by duma wybrzmiała z tych opowieści - mówi Glosowitz. Jej pradziadek stracił zdrowie w kopalni Jankowice:

- Pracował w niskim przodku, po kolanach i trwale je uszkodził. Jeden z moich dziadków pracował w kopalni Knurów jako elektromonter na powierzchni, mój ojciec poszedł w jego ślady, już zjeżdżał na dół, ale długo miałam poczucie, że nie mogę go nazwać górnikiem, bo nie pracował w przodku. W naszym domu nie obchodziło się hucznie Barbórki, kopalnia nie była na pierwszym planie, a jako dziecko byłam na nią obrażona, bo zabrała mi ojca. Nie było też rodzinnych pamiątek, które dla bezpieczeństwa spalono, ani tej dumy, której chyba mi brakuje - opowiada rybniczanka.

Joanna Kubica - kolejna bohaterka pamiętników. Zdj. Karolina Jonderko

Józefa: Obliczyłam, że podczas pracy w Zakładzie Przeróbczym w trybie awaryjnym (nie korzystając z windy, czasami biegiem) przeszłam ponad 40.000 kilometrów i należy mi się emerytura. Zostałam więc stypendystką ZUS-u.

Eryka: Jestem córką górnika, żoną górnika i matką górnika. Z dzieciństwa pamiętam, jak ojciec każdego piętnastego dnia miesiąca, w dniu wypłaty, przywoził nam cukierki, które sprzedawano przed kopalnią. To było dla nas święto.

Joanna: Zbudził mnie poranny dzwonek telefonu (jeszcze wtedy stacjonarnego). I te słowa: „kopalnia, łączę…”. O tej porze? Chyba przestałam wtedy oddychać. Odezwał się sztygar męża i powiedział, że Adam miał wypadek.

- Na warsztaty w ramach projektu panie przynosiły różne pamiątki rodzinne: pojemnik z ostatnim wydobytym węgielkiem z kopalni Dębieńsko, portret męża w złotej oprawie, kartę wejścia na kopalnię, przepis na blok czekoladopodobny czy ogórki kiszone. Zdjęcia, dokumenty i przepisy udało się zeskanować na potrzeby książki, ale żal mi było tych wszystkich skarbów - mówi Glosowitz. Tak powstała wrześniowa wystawa przedmiotów obrazujących codzienność kobiet z rodzin górniczych, na której znalazły się też fotograficzne portrety bohaterek.

Celina Bluszcz: - W downych czasach baby siedziały w doma: warzyły, prały, pucowały izby, ploły w łogródku i wachowały dzieci. Chopy robiły przeważnie na grubie. Godało sie, że chop jest głową familije, a baba karkem, co kręci tą głową, jak chce. Zdj. Karolina Jonderko

- Mama zrobiła szałot, panie upiekły ciasta, było wino z winnicy w pokopalnianej Boryni. Przyszło ponad 120 osób. Ten międzypokoleniowy projekt nie jest takim tylko z nazwy. Ma niesamowitą energię - ocenia Monika Glosowitz.

Mówi, że to właśnie ten czas, by na dłużej zająć się tematem kobiet z rodzin górniczych. Tym bardziej, że swoich historii nie opowiedziały jeszcze kobiety z Ignacego czy z kopalni Chwałowice.

Okładka książki. Materiały prasowe.

Magdalena: - Jo żech jest dziołcha ze Śląska, ino mam rodziców goroli… Tata pracował na kopalni, na dole. Pewnego dnia przyszło dwóch panów, którzy założyli nam telefon. Tata został ratownikiem górniczym, więc kopalniany świat musiał mieć z tatą łączność. Wujek Krzysiek z Gołdapi miał telefon od dawna, taki na korbkę…, ale nie dało się z niego dodzwonić pod ziemię. Z naszego się dało.

Mirka: W karnawale rodzice co tydzień chodzili na bale i potańcówki. Sąsiedzi również. Panowie rano jeszcze w pracy, a panie od rana u fryzjerki, która tworzyła fryzury à la Krystyna Loska. Bardzo lubiłam z mamą chodzić do fryzjera z dwóch powodów: po pierwsze podsłuchiwałam ploteczki, a po drugie tam były kolorowe ilustrowane czasopisma.

Gabriela: Po maturze rozpoczęłam pracę na kopalni na markowni dołowej, gdzie pracował mój ojciec. Był bardzo dumny, bo nie miał syna, który by poszedł w jego ślady. Praca nie była ciężka, tylko - jak to praca z górnikami - miała swoje minusy… Ale tylko na początku.

 Zachęcamy by zajrzeć na profil projektu 

Dziennikarz
Sabina Horzela-Piskula
do góry