60 lat małżeńskiego szczęścia
Halina i Henryk Szymikowie to kolejni rybniccy małżonkowie, którzy w tym roku świętują 60-lecie ślubu. Cywilny wzięli w marcu 1965 roku, a ślub kościelny pięć miesięcy później, w sierpniu. 22 lipca tego roku, czyli wczoraj jubilatów z Chwałowic z życzeniami odwiedził prezydent Rybnika Piotr Kuczera.

Pan Henryk to rodowity chwałowiczanin, zaś pani Halina z domu Hołek, wychowała się w domu przy ul. Jankowickiej. Swego przyszłego męża poznała na weselu swego kuzyna w czerwcu 1963 roku. W oko wpadł jej przystojny gitarzysta z zespołu grającego do tańca. Ślub cywilny wzięli wcześniej, by otrzymać przydziałowe mieszkanie na chwałowickiej Wygodzie (w sąsiedztwie kościoła). Dzisiaj wspominają, że po ślubie w USC nadal trwało ich narzeczeństwo, bo do nowego mieszkania wprowadzili się dopiero po ślubie kościelnym. Gdy ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską on miał 25 lat, ona 18. Dzisiaj szczęśliwi, pogodni, uśmiechnięci przyznają, że życie oszczędziło im nieszczęść oraz poważnych problemów i kłopotów.

Przydziałowe dwupokojowe mieszkanie musieli najpierw urządzić. Pan Henryk, który w szkole zawodowej wyuczył się na stolarza, sam zrobił łóżko i stół. Od matki pani Haliny dostali popularną wtedy „amerykankę”, czyli wygodny rozkładany fotel. Gdy się wprowadzali mieli też polski czarno-biały telewizor Klejnot i tzw. radiolę, czyli połączenie radia z gramofonem. Przed pierwszymi wspólnymi świętami Bożego Narodzenia kupili komplet eleganckich mebli z importu, wyprodukowanych w sąsiedniej Czechosłowacji. W 1977 roku czteroosobowa już rodzina przeprowadziła się do większego mieszkania w bloku przy ul. Kupieckiej.
Szymikowie doczekali się dwóch córek; w 1966 przyszła na świat Joanna, a w 1975 Katarzyna. Wnuczki też mają dwie - Andronikę i Martynę.

Oboje pracowali na kopalni Chwałowice. Pani Halina w dziale zbytu, do którego trafiła po kilku latach pracy w rybnickim urzędzie miasta. Pan Henryk pracował na dole, ale potem został kierowcą kopalnianej sanitarki. Jego wielką pasją była muzyka. Jako puzonista-samouk trafił do kopalnianej orkiestry dętej. Za namową kolegów z orkiestry trafił do rybnickiej Szkoły Muzycznej Szafranków, którą ukończył w 1979 roku mając 39 lat. Przez rok uczęszczał do niej razem ze swoją starszą córką Joanną, która ukończyła klasę fortepianu, a później przez wiele lat grała w czasie ceremonii ślubnych w rybnickim Urzędzie Stanu Cywilnego. W sytuacjach awaryjnych zastępował ją właśnie tata. Zamiłowanie do muzyki odziedziczyła po nim również młodsza córka Katarzyna, grająca m.in. na flecie poprzecznym; z tatą grała na weselach. No właśnie, pan Henryk po pracy w kopalni dorabiał jako muzyk, grając w rybnickich lokalach – Świerklańcu, Silesii, w chwałowickiej Polonii, a z czasem także w sąsiednich Żorach. Grał też na gitarze w popularnym zespole Wiatraki (trzech gitarzystów i perkusista) działającym przy kopalnianym domu kultury. – Sama wyszywałam im na marynarkach ten ich wiatrak – wspomina pani Halina.
Głowa rodziny sporo czasu spędzała więc poza domem, ale córki wspominają, że gdy tata był już w domu to poświęcał im cały swój czas wolny. Pan Henryk miał też smykałkę do majsterkowania i konstruowania. Sam, korzystając z enerdowskiego schematu na papierze zbudował sobie elektroniczną perkusję, a w drugiej połowie lat 80. składaną przyczepę kempingową. W jej środku mieścił się stół i dwie kanapy. Zabrali ją na dwa rodzinne wypady – do Nysy i Brennej. Ale małżonkowie z łezką w oku wspominają też wakacyjne wczasy nad morzem m.in. w Ustroniu Morskim, Świnoujściu, Darłówku czy Dziwnówku.

Jubilatom, również w imieniu naszych Czytelników, życzymy kolejnych małżeńskich rocznic w szczęściu i w dobrym zdrowiu!!!
