Tomasz Przybylik: Skatepark w Rybniku? Kurde, to Ameryka!
– Mamy genialny obiekt, następne mistrzostwa Europy musimy zorganizować w Rybniku – mówi ośmiokrotny mistrz Polski w rolkach agresywnych i wicemistrz Europy Tomasz Przybylik.

Jednen ze swoich ostatnich vlogów zatytułowałeś „Uciekłem z Polski na zimę”. Rozumiem, że nie chodziło o smog?
Niekoniecznie, choć po części pewnie też, ale generalnie w tej „ucieczce” chodzi o pogodę. Drugą albo trzecią zimę z rzędu wyjeżdżam i działam za granicą, co ma związek z moją pracą – bo z jednej strony jeżdżę na rolkach, startuję w zawodach i pokazach, z drugiej szkolę młodzież i dorosłych, a jeszcze innej – produkuję wideo i content dla sponsorów. Ciężko to robić zimą w naszym kraju, bo pada śnieg, a w okolicy mamy tylko jedną halę w Katowicach, zaś w Polsce może cztery czy pięć skateparków. Poza tym kocham podróżować. Spędziłem 7 miesięcy w podróży – ponad miesiąc w Brazylii, miesiąc w Kalifornii, cztery miesiące w Barcelonie i około miesiąca w Atenach.
Odwiedziłeś mekki skaterów. Jak wypada rybnicki skatepark na tle tych z Barcelony, Brazylii i Kalifornii?
Skatepark w Rybniku jest na poziomie światowym! Mamy oficjalny Polski Związek Sportów Wrotkarskich, reprezentację kraju, ligę, niemal w każdym mieście jakiś team i dzieciaki trenujące jazdę na rolkach. Dwa lata temu mistrzostwa Europy odbyły się w Portugalii, gdzie z moimi zawodnikami z Katowic zdominowaliśmy konkurencję, zajmując podium w każdej kategorii. Polska rządzi na arenie międzynarodowej, dlatego gdy zobaczyłem skatepark w Rybniku, uznałem, że powinniśmy zorganizować mistrzostwa Europy u nas, bo mamy genialny obiekt. Obok jest basen, stadion… To piękny kompleks. W tym roku ta impreza odbędzie się 20 sierpnia w Mińsku Mazowieckim, gdzie też zbudowano nowy skatepark, więc po raz pierwszy mistrzostwa odbędą się w Polsce, ale kolejne postaramy się, żeby były już w Rybniku.
Co wyróżnia rybnicki skatepark?
Jakość wykonania. Często tego rodzaju obiekty budowały firmy, które nie do końca miały pojęcie o budowaniu skateparku. Po prostu wygrywały przetarg i lały beton. Niewiele brakowało, a byłoby podobnie w Rybniku. Na szczęście miasto dało to zrobić firmom Slo Concept i Techrampsowi, dzięki czemu wyszło świetnie. To skatepark stworzony przez ludzi, którzy sami jeżdżą, mają pojęcie i każdy znajdujący się tam element ma sens. Mamy tu np. bowl, czyli taki „basen bez wody”, który jest rzadkością w Polsce. Oczywiście w Stanach mają dużo większe bowle, ale wszyscy, z którymi jeżdżę z Katowic czy Gliwic przyjeżdżają do Rybnika i mówią: „kurde, no to jest Ameryka!” Marzyliśmy o tym, gdy byliśmy młodsi. Bowl to element szczególny, ale ważniejsze jest to, że cały obiekt jest solidnie wykonany. Chodzi o detale, bo czasem skateparki wyglądają ładnie, ale coś tam nie gra.

W czerwcu stanąłeś na podium z ludźmi, których szkoliłeś. Pisałeś, że jest duma…
Tak, czasem ludzie mnie pytają, czy nie boję się, że juniorzy ze mną wygrają. Ale totalnie nie mam strachu. Ja bym się z tego cieszył, bo to będzie też moja zasługa. Pamiętam jak mając 17 czy 18 lat na Mistrzostwach Polski w Rzeszowie byłem najmłodszy. Myślałem wtedy: „nie ma już nikogo, kto będzie jeździł po mnie na rolkach w Polsce”. Teraz mam 32 i widzę, że jest wiele osób, których sami zachęciliśmy, tworząc szkółki, ligi, nowe obiekty, możliwości rozwoju, zapraszając gości z zagranicy oraz inspirując ich swoimi działaniami i po prostu życiem tą kulturą.
Pamiętam dzieciństwo w Rybniku – nie było wówczas specjalnie dużo opcji do roboty, teraz jest inaczej. Nieważne czy mieszkasz w Rybniku, czy Warszawie, niezależnie, czy jesteś sportowcem, czy artystą, możesz robić wszystko, masz dostęp do najlepszych obiektów, masz wielkie możliwości rozwoju.
Są też trochę inne czasy – rodzice wspierają różne aktywności dzieciaków. Kiedyś rolki czy deskorolki były jakby poza systemem, takie trochę punkowe. Kojarzyło się to z gośćmi w szerokich spodniach, co piją alkohol i nic nie robią, a jednak to jest niesamowita kultura i profesjonalny sport, choć nie tak mainstreamowy, jak piłka nożna.
Kiedy zrozumiałeś, że to będzie nie tylko młodzieńcza zabawa, a sposób na życie?
Czasem ktoś mnie pyta, czy będę miał kiedyś „poważne zajęcie”, ale działanie w klubie sportowym, nauka dzieci, tworzenie contentu, podróżowanie po całym świecie na zawody, pokazy i po prostu tworzenie kultury, która prawie już zanikała, gdy zaczynałem, to jest poważna praca! Spotykam na skateparku znajomych z gimnazjum czy liceum, którzy przychodzą tam ze swoimi dziećmi i mówią: „Tomek, ty nadal na rolkach?” A ja akurat prowadzę tam zajęcia ze swoją grupą z Katowic i zawsze zapraszam dzieci znajomych, aby dołączyły do tej pięknej kultury.
Rolki to kontuzyjny sport. Co mówisz rodzicom, którzy posyłają dzieciaki na Twoje zajęcia?
Oczywiście rolki to sport ekstremalny. Jak chcemy być najlepsi albo przełamać bariery, to niestety czasem może się coś złego wydarzyć i kontuzje są wliczone w działanie. Rodzic musi być świadomy, że ja robię wszystko, by dziecku nic się nie stało, ale istnieje możliwość, że coś może się wydarzyć. Na szczęście przez pięć czy sześć lat tylko jedna osoba złamała rękę, a inna rozbiła brodę do szycia, nic specjalnego. Podczas zajęć nie ma dużo kontuzji. Stopniowo do przodu. Rolki to sport kontuzyjny, ale jak zobaczymy na statystyki, to może się okazać, że więcej ludzi skręca kostkę przy bieganiu.
Na koniec powiedź, jak się czułeś, gdy wszystko zgasło w Hiszpanii? Byłeś tam akurat podczas blackoutu…
Byliśmy akurat „w steet-cie” na rolkach i nagrywaliśmy projekt na ulicach Barcelony. W ogóle nie wiedzieliśmy, że coś się stało, około 14 chcieliśmy coś zjeść i okazało się, że wszystkie restauracje są zamknięte, galeria handlowa owinięta taśmą, jakby doszło do jakiegoś przestępstwa. Idziemy do piekarni, a tam ciemno. Chcę kupić bułkę, a pani mówi, że nie sprzeda, bo nie ma prądu, ludzie wszystko wykupili, bo się boją… W sklepach świecą latarkami, wszędzie można płacić tylko gotówką, a ja mam jedynie kartę, ludzie pod bankomatami, kolejki, światła na ulicy nie działają i najgorsze – nie funkcjonuje metro, a w Barcelonie transport funkcjonuje właśnie na bazie metra. Wszyscy wyszli „na górę”, w autobusach jak w puszkach sardynek... Na szczęście okazało się, że jest to tylko awaria prądu, a nic poważnego, czym należałoby się przejmować, choć dało to do myślenia, jak mocno potrzebujemy elektryczności.
Rozmawiał Aleksander Król
Zobacz także