Śpiewem ocalić tradycję
– Ludzie mają potrzebę czuć, że są skądś. A tę tożsamość buduje między innymi wspólny język i wspólne śpiewanie – mówi nam Martyna Czech z zespołu Chwila Nieuwagi, która 1 kwietnia zaśpiewa podczas niezwykłego koncertu „Kielich Przymierza” w Antoniczku.
![]()
Lubiła Pani śmigus-dyngus w dzieciństwie? Żałuje, że chłopaki nie biegają już z wiadrami po ulicach?
Mam dwie córki, dlatego zawsze zachęcam wszystkich ich kolegów, by nas odwiedzili, bo to bardzo fajna tradycja, którą wspominam naprawdę ciepło. Dziewczyny, które były tego dnia oblewane, czuły się dowartościowane. Jeżeli któraś nie była polana, albo tylko skromnie, to miała się czym martwić. Bo koleżanki, które były skąpane od stóp do głów, chodziły dumne po całej szkole. Pamiętam, że sama znalazłam się raz na dnie oczka wodnego w ogrodzie, do którego wrzucili mnie koledzy. Innym razem przyjechali Żukiem z hydronetką i polewali mnie i siostrę. To są fajne wspomnienia i piękna tradycja. Niestety nie wszyscy koledzy mojej córki nadal „po śmierguście” chodzą.
Jakie jeszcze zwyczaje kojarzą się Pani z dzieciństwem na Śląsku?
Takim zwyczajem, o którym mało kto już wie, jest sporządzanie krzyżyków z gałązek palmy święconej przed świętami. Pamiętam, jak mój dziadek nacinał jedną gałązkę w ten sposób, by włożyć w nią drugą, krótszą, co tworzyło maleńki krzyżyk. W Wielką Sobotę z tymi krzyżykami obchodziło się całe gospodarstwo – wkładało je w różne miejsca: framugę drzwi, pomieszczenia gospodarskie. Moja rodzina w dalszym ciągu hoduje kury, króliki, ma zagródkę z warzywami. Takie miejsca też zasługiwały na krzyżyk. W moim domu rodzinnym do tej pory kultywujemy tę tradycję.
„Kielich Przymierza”, czyli koncert w bazylice, w którym bierze Pani udział, to bardziej modlitwa czy opowieść o tradycji?
To wszystko się łączy, bo wyrasta z tradycji, w której byliśmy wychowywani. Pochodzę z dość religijnej rodziny, gdzie wszystkim ważniejszym wydarzeniom w życiu towarzyszyła religia. A okres Wielkiego Postu, to bardzo szczególny czas, kiedy mamy okazję zastanowić się, co jest naprawdę ważne. Gdy ktoś uczestniczy w liturgii wielkoczwartkowej, wielkopiątkowej, ma szanse usłyszeć pieśni, które tylko wówczas są śpiewane. Są wyjątkowe nie tylko pod kątem tekstowym, ale też muzycznym, dlatego udział w projekcie „Kielich Przymierza”, który zaproponował nam lata temu Piotrek Kotas, jest dla nas bardzo ważny. Pamiętam, że pierwszy ten koncert odbył się 11 lat temu, bo spodziewałam się wtedy dziecka. Śpiewając pieśń Matki Bolejącej, przeżywałam to dużo mocniej. To rodzaj modlitwy, skupienia i próby wczucia się w to, co się wtedy działo w sercach wszystkich ludzi, Matki, i tej najważniejszej postaci, jaką jest Jezus Chrystus.
Ta religijność na Śląsku jest nadal głębsza niż w innych regionach Polski?
Nie wiem, czy głębsza. Szczęśliwie jest kultywowana. Wydaje się, że są też miejsca, w których następuje jej renesans. To na przykład Koła Gospodyń Wiejskich, które dokładają wszelkich starań, by celebrowanie uroczystości miało odpowiednio świąteczny charakter. Pochodzę ze Stanowic, gdzie reaktywowało się koło gospodyń, które przypomina nasze stare zwyczaje. Myślę, że sięganie do tradycji staje się znów modne.
![]()
Z Chwilą Nieuwagi czasem śpiewa Pani po czesku. Czy Martyna Czech ma czeskie korzenie?
Martyna Czech przyjęła nazwisko od męża Andrzeja, który faktycznie ma pochodzenie czeskie, choć tych korzeni trzeba upatrywać w zamierzchłych czasach. Jeden z przodków męża, który był Czechem albo Słowakiem, zamieszkał w Suszcu, gdzie prowadził karczmę. Miał na nazwisko Tieliczka, ale wszyscy mówili, że „chodzą do Czecha”. Stąd w kolejnych pokoleniach pojawia się nazwisko „Czech”. Sama raczej nie mam czeskich korzeni, chociaż nazwisko panieńskie Kuczera ma pochodzenie czeskie.
A skąd zainteresowanie czeskimi utworami?
Mieszkamy teraz w Stanowicach, a wcześniej w Rybniku, gdzie radio czeskie świetnie odbierało. Słuchaliśmy go na równi z polskimi radiostacjami, więc czeska muzyka zawsze nam towarzyszyła, „była oswojona”. Poza tym mówimy po śląsku, więc to duże ułatwienie w rozumieniu tekstów czeskich, a zwłaszcza tych śląsko-czeskich.
Wystarczy język śląski, by nas rozumiano po drugiej stronie granicy?
W Ostrawie po śląsku bezproblemowo się dogadamy, natomiast w Pradze może być z tym duży kłopot, bo praski czeski jest zupełnie inny. Ale czeskie słowa przenikały do naszego języka, a muzyka przykuwała uwagę. Gdy zaczęliśmy interesować się poezją śpiewaną, tak zwaną „Krainą łagodności”, dostrzegliśmy, że słuchaliśmy już tego wcześniej, tylko w wersji czeskiej. Bo Karel Plihal, którego piosenki też śpiewam, to taki przedstawiciel czeskiej strony „Krainy łagodności”. Podobnie Jaromir Nohavica – jego teksty są bardzo bliskie człowiekowi. Kiedyś Jaromir osobiście zaprosił nas, byśmy zagrali koncert w jego ukochanym miejscu, które sam stworzył, czyli w ostrawskiej Heligonce, wyjątkowo klimatycznym klubie muzycznym. Mieliśmy okazję zagrać tam swój autorski repertuar. Jaromirowi bardzo spodobały się też nasze interpretacje muzyczne jego utworów, które znalazły się na naszej płycie „Morawska Brama”.
Rybnickie muzeum rozpoczęło właśnie nowy cykl „rozmówki polsko-czeskie”, czy muzyką można opowiedzieć pogranicze?
Myślę, że bardzo dużo można opowiedzieć muzyką, która współgra z literaturą. Podczas premiery „Bramy Morawskiej” w Teatrze Ziemi Rybnickiej naszemu graniu towarzyszyły wyświetlane fragmenty czeskich tekstów, m.in. Bohumila Hrabala. Z Czechami mamy bardzo dużo wspólnego. My Ślązacy patrzymy na Czechów bardzo przychylnym okiem, a oni na nas. A od znajomych z Czech wiem, że Czesi pewnych rzeczy nam zazdroszczą, np. elegancji, a my z kolei zazdrościmy im luzu i dystansu.
Po co jest „Miszung”?
„Miszung” jest po to, by udowodnić, że śląski nie musi być byle jaki, prostolinijny, grubiański. Jest po to, by powiedzieć, że muzyką śląską i śląskim językiem da się wypowiadać naprawdę wartościowe treści. Wciąż nie wierzą w to czasem sami Ślązacy, bo trochę jest tak, że to, co jest nam dobrze znane, codzienne, wydaje się mało interesujące dla kogokolwiek.
Natomiast okazuje się, że jeżeli tę naszą codzienność zaprezentuje się gdzieś dalej w dobrym wykonaniu, to jest to interesujące, egzotyczne i budzi pytania. Jako Chwila Nieuwagi spotykamy się z tym podróżując po kraju. W nasz repertuar wprowadzamy elementy śląskiej kultury – nawiązujemy delikatnie do motywów ludowych czy bajań, albo w nowoczesnej aranżacji przypominamy tradycyjne utwory, które zostały już zapomniane. Pamiętam bardzo ciekawą rozmowę, którą mieliśmy po koncercie w Filharmonii Kaszubskiej. Kaszubi bardzo rozumieją to, przez co my Ślązacy teraz przechodzimy. Oni doczekali się uznania języka kaszubskiego i nam kibicują. To nasze granie po śląsku zaczęło się wiele lat temu. Kiedy z Andrzejem byliśmy jeszcze jedynie duetem gitarowo-wokalnym, podróżowaliśmy po różnych festiwalach. Pamiętam jak w Głuchołazach po raz pierwszy odważyliśmy się zagrać utwór, jaki napisaliśmy na podstawie legendy, która wydarzyła się podobno w okolicach mojego domu. Tę piosenkę „Pedziała mi matka” graliśmy z drżącym sercem, bojąc się, jak to zostanie odebrane. I wtedy wygraliśmy konkurs, ale to nie było istotne. Najistotniejsze było to, że po koncercie przyszło do nas mnóstwo bardzo przejętych osób. Do tego stopnia, że gdy wracaliśmy to zatrzymywali nawet nasz samochód, by powiedzieć, że po raz pierwszy usłyszeli śląski w wykonaniu, którego się nie wstydzą i z którego są dumni. To był impuls do tego, by zrozumieć, że to jest coś, czego ludzie chcą, że jeżeli spróbuje się to wyrazić w artystyczny sposób, to ma to wielką wartość.
Czy Wasza twórczość opiera się na opowieściach babć i dziadków, czy są to czasem pieśni zaczerpnięte np. ze zbioru Juliusa Rogera?
Czerpiemy także ze zbiorów Juliusza Rogera. Ostatnio bardzo intensywnie koncertowaliśmy z programem „Anieli Śpiewają”, na który składają się m.in. nasze aranżacje śląskich przyśpiewek kolędniczych, które znalazły się w zbiorach Juliusza Rogera. Ale korzystamy też z różnych zasłyszanych historii, np. o dobrym śląskim zbóju Ramży, o którym opowiadała mi moja babcia. W tym utworze pojawiają się też mieszkające w śląskich stawach utopki, a nawet bebok, czyli ten najstraszniejszy, którego bały się wszystkie śląskie dzieci, chociaż nikt go nie widział, ale z opowieści wie, że nie chciałby go nigdy spotkać. Pamiętam, że jak babcia opowiadała mi o Ramży, to obraz tego zbójnika był bardzo żywy – on właściwie stawał przed nami jako rosły mężczyzna, który o dziwo miał odwrócone stopy piętami do przodu i przez to był nieuchwytny.
Jako Chwila Nieuwagi przypominacie nie tylko legendy i zwyczaje, ale uczycie śląskiego języka. Robi to też Wasze Stowarzyszenie Miszung. Myśli Pani, że języka śląskiego powinno uczyć się w szkole?
Oczywiście. Jeżeli dla kogokolwiek tożsamość i poczucie przynależności ma wartość, to jest to niezbędne, by ten język przetrwał. Bo możemy tworzyć dzieła literackie i muzyczne, ale jeżeli nie będzie odbiorców, którzy rozumieją ten kod, to cały trud pójdzie na marne. A ludzie mają potrzebę czuć, że są skądś. A tę tożsamość buduje m.in. wspólny język, w którym się rozmawia. Ludzie czasami pytają mnie: „jak to jest, że rozmawiasz ze mną w języku polskim, a gdy podchodzi do ciebie znajomy, to mówisz z nim zupełnie innym językiem, po śląsku?”. To jest język poufałości, bliskości, intymności. Nie każdy na ten język zasługuje, nie z każdym można w ten sposób rozmawiać. Jeżeli poczuje się pewną więź, to ten język „wchodzi” automatycznie, nawet w takich absurdalnych sytuacjach jak wymiana opon. Gdy ludzie zaczynają godać, od razu są dla siebie życzliwsi, bardziej otwarci.
A język, albo ta muzyka śląska jest taką kulturą żywą, czy to raczej próba ocalenia czegoś, co odchodzi?
Jako Ślązacy zawsze byliśmy bardzo śpiewnym narodem i ten śpiew towarzyszył nam na co dzień. A teraz właściwie śpiewamy już tylko „100 lat” z okazji urodzin.
A śpiew daje wiele radości. Kiedy podczas koncertów gramy piosenkę „Zachodzi Słoneczko”, jaką zaaranżowaliśmy przy okazji projektu „Edukatorium śląskiej pieśni” (red. w ubiegłym roku realizowany w Chwałowicach), to cała sala śpiewa. Ludzie mają potrzebę śpiewania, to stwarza poczucie wspólnoty.
Gdy się pokona pierwszy wstyd, to potem śpiewanie daje wiele radości.
Czas szybko leci, jeszcze okres wielkanocny, ale za chwilę będzie lato. Spotkamy Chwilę Nieuwagi na koncercie Power of Rybnik?
Tak. Jeszcze nie wiemy dokładnie, jaka będzie nasza rola, ale bardzo się cieszymy na kolejną edycję „Powera”. To bardzo fajny projekt Piotrka Kotasa, który ma na celu pokazanie rybnickich i okolicznych ciekawostek muzycznych. Część artystów ma rozgłos ogólnopolski, inni są mniej znani, ale wspólnym mianownikiem jest Rybnik. Myślę, że to taki produkt, którym Rybnik może się pochwalić, bo niewiele miast ma tak bogaty wachlarz wykonawców muzycznych i postać, która potrafi ich zespolić w pięknym koncercie.
Rozmawiał Aleksander Król