Strona główna/Aktualności/Nasz wywiad działa/Snowboard lepszy niż konsola

Snowboard lepszy niż konsola

01.02.2022Nasz wywiad działa

Grzegorz Paszkiewicz, na co dzień specjalista ds. artystycznych w Domu Kultury w Niedobczycach oraz instruktor snowboardu, zaprasza młodych rybniczan na obóz narciarsko-snowboardowy w Zieleńcu. Gwarantuje śnieg i dobrą zabawę.

Grzegorz Paszkiewicz zaprasza na snowboard

Rok temu spotkaliśmy się w jednej z rybnickich galerii, gdy narciarze i snowboardziści pro testowali przeciw zamknięciu stoków z powodu pandemii…

 Tak, dziś już nikt nie zamyka stoków, choć sytuacja znacząco się nie poprawiła. Jednak wydaje mi się, że akurat stoki narciarskie są na tyle bezpieczne, że może my bawić się nartami i snowboardem. Choć „zasady covidowe” są różne w Polsce i za granicą.
W grudniu byłem we Francji - tam wszędzie na stokach sprawdzają certyfikaty covidowe lub testy i nie ma mowy, by ktoś chodził bez maseczki, gdzie to jest wy magane, czy na wyciągi bez dokumentów. Tam nikt nie próbuje oponować wobec wytycznych, nikt nie staje okoniem jak u nas.
Nie wiem, dlaczego w Polsce tak to wygląda. Dlaczego nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że jak nie będą przestrzegane zasady, to znów może się tak skończyć, że nie pojeździmy w ogóle. Właściciele wyciągów starają się egzekwować, by narciarze zachowywali dystanse co w kolejkach nie do końca jest realne, ale o ile za granicą te próby egzekwowa nia zasad spotykają się ze zrozumieniem, tak u nas jest z tym gorzej. To przykre. 

Trudniej się podróżuje, więc szukamy bliżej. Gdy w zeszłym roku sypnęło śniegiem, niektó rzy nawet ze snowboardem szukali szczęścia na Wiśniowcu w Rybniku…

 Fajnie, to tylko pokazuje, że jesteśmy głodni zimy i to, że snowboard jest dziś dużo bardziej dostępny niż kiedyś, już nie taki elitarny i niekoniecz nie drogi. I pokazuje jeszcze, że warto organizować zajęcia, wyjazdy, bo ludzie chcą się w to bawić. 

Snowboard jest dziś dużo bardziej dostępny niż kiedyś, już nie taki elitarny i niekoniecz nie drogi.

 Kiedyś miałem pomysł, by zagospodarować na stok którąś z naszych hałd, ale to teren nie do końca bezpieczny. A jeszcze większym problemem są u nas warunki atmosferyczne. Możemy zbudować infrastrukturę, ale bez śniegu nie da się jeździć. Poza tym z Rybnika w Beskidy jest stosunkowo blisko. Dlatego raczej błędem byłoby budowanie czegoś na siłę, co niekoniecznie przełoży się na atrakcyjność takiego miejsca. W Beskidach jest w czym wybierać. 

Ale w Beskidach też śniegu mało… 

Beskidy zawsze miały problem ze śniegiem, a gdy nie ma mrozu, to nawet nie można go sztucznie stworzyć. Dlatego w Polsce wybieram najczęściej Zieleniec, czyli Góry Orlickie, gdzie jest inny, specyficzny klimat. Od kiedy pamiętam, śniegu tam nie brakowało. Podczas ferii wraz z Domem Kultury Niedobczyce organizujemy tam obóz narciarsko-snowboardowy. Zainteresowanie jest spore, choć wie lu rodziców obawia się ewentualnych kwarantann. Część dzieci jest zaszczepionych, co rozwiązuje problem. 

Po tygodniu dzieci wrócą do Rybnika jako klasowi snowboardziści? 

To wszystko zależy od tego, jak się przyłożą do pracy na stoku. Mogą z nami jechać zarówno amatorzy, jak i osoby, które nieźle sobie radzą na stoku, ale nawet lepiej jak ktoś dopiero zaczyna, bo nie ma jeszcze złych nawyków. Wielu osobom wydaje się, że potrafią jeździć, a to z jazdą nie ma za wiele wspólnego - to czasem ślizga nie się na przetrwanie. Mamy wy kwalifikowaną kadrę, która dzieci „postawi” na narty czy snowboard w odpowiedni sposób. Cały proces szkoleniowy trwa 6 dni, po których dzieci są w stanie bez piecznie poruszać się na stoku. Czy jeździć na wysokim poziomie? To już bardzo indywidualne, ale nasz obóz to fajna baza. 

Grzegorz Paszkiewicz: Snowboard jest moim nałogiem

 W jakim wieku zacząć?

Nie warto na siłę przekonywać do snowboardu bardzo małe dzieci, przed 5-6 rokiem życia. Nie ma przesłanek, by zaczynać wcześniej, bo nie ma to nic wspólnego z nauką. Najpierw poprzez zabawę dziecko musi poznać, czym jest snowboard. Myślę nawet o wydaniu poradnika dla rodziców, w jaki sposób mogą je przygotować. Bo podczas kursu nie ma czasu na to, by tłumaczyć dziecku, że buty są nie do końca wygodne, a śnieg zimny. Jestem czasem świadkiem dantejskich scen na stoku, gdy rodzice próbują wcisnąć dziecko w but narciarski, bo przyjechali, zapłacili, a dziecko nie chce. Wystarczy moment, by zrazić malucha do snowboardu czy nart już na zawsze. Lepiej porzucać się śnieżkami, a ze snowboardem zacząć trochę później. 

Jestem czasem świadkiem dantejskich scen na stoku, gdy rodzice próbują wcisnąć dziecko w but narciarski, bo przyjechali, zapłacili, a dziecko nie chce. Wystarczy moment, by zrazić malucha do snowboardu czy nart już na zawsze. Lepiej porzucać się śnieżkami, a ze snowboardem zacząć trochę później.

 Bardzo ważną sprawą jest wybór odpo wiedniego instruktora. Dlatego apeluję do rodziców, by weryfikowali uprawnienia instruktorów. To ważne, z kim nasze dziecko spędzi czas w bezpieczny i właściwy sposób. Tzw. „uwolnienie za wodów” chyba jakoś w 2015 roku spowodowało lawinę niekompetentnych osób, które pomyślały, że jak potrafią jeździć, to też nauczą. A to nie to samo. Odpowiedzialność za dzieci jest olbrzymia, przecież przekazujemy pod opiekę nasze dzieci. Nie mając podstaw pedagogicznych i bardzo ważnych metodycznych, nie można bezpiecznie prowadzić zajęć. 

Wśród młodych snowboard jest bardziej popularny od nart czy już tak nie jest? 

Często o tym rozmawiamy podczas spotkań zarządu w Stowarzyszeniu Instruktorów i Trenerów Snowboardu (SITS), bo niestety snowboard nie jest już tak popularny jak pod koniec lat 90. czy na początku 2000 roku. Wówczas popularność pikowała, a wiązało się to z pewnymi przemianami społecznymi, z buntem, z deskorolką. W ostatnich 10 latach popularność snowboardingu w Polsce spadła o jakieś 40 proc.
Pewnie ma to związek z tym, że wśród młodzieży spadło zainteresowanie rekreacją ruchową i sportem w ogóle. Nawet nie przyjdzie im do głowy, by pobawić się na śniegu, bo mają PlayStation. Same narty mają się nieco lepiej, bo jeździ starsze pokolenie i czasem zabiera dzieci na stok. Wierzę jednak, że moda na snowboard powoli wraca.

 Popularność dyscypliny napędzają sukcesy. Tak było z małyszomanią. Może brakuje sukcesów polskich snowboardzistów? 

Sport zimowy w Polsce na poziomie zawodniczym to odrębny temat. By były wyniki, trzeba mieć odpowiednie zaplecze szkoleniowe i odpowiednie pieniądze. Snowboard nadal podlega pod Polski Związek Narciarski i jest traktowany marginalnie. Większość budżetu zgarniają skoczkowie, dla reszty dyscyplin zostaje niewiele pieniędzy. 

Snowboard nadal podlega pod Polski Związek Narciarski i jest traktowany marginalnie. Większość budżetu zgarniają skoczkowie, dla reszty dyscyplin zostaje niewiele pieniędzy.

 Oczywiście jest też problem szkoleniowy. Zrobiłem licencję w grudniu ubiegłego roku. Jestem Instruktorem Wykładow cą SITS, mam najwyższy stopień i je stem odpowiedzialny za szkolenie kadr instruktorów, których powoli w Polsce przybywa. Ale oni szkolą głównie na po ziomie rekreacyjnym, a nie sportowym. By były wyniki, trzeba byłoby się na tym skupić. Takich instruktorów jak ja jest tylko kilkunastu. 

Nie myślał Pan o olimpiadzie? 

Zacząłem jeździć na snowboardzie w la tach 90. Moja kariera rozwijała się raczej w kierunku instruktorskim, ale brałem udział też w różnych zawodach. Potem chciałem zostać sędzią i zdobyłem takie uprawnienia. Zawsze marzyłem o tym, by wystartować na ważnej imprezie jako zawodnik kadry Polski, by mieć orzełka na piersi i udało się trzy lata temu na kongresie w bułgarskim Pamporovo. Wszystkie kraje świata należące do fe deracji Interski wystawiły tam swoje demoteamy, które jeżdżą pokazowo na bardzo wysokim poziomie. Udało mi się reprezentować narodowe barwy. To dla mnie wyjątkowa sprawa. 

Grzegorz Paszkiewicz w kadrze Polski

 Tych miłości jest więcej, oprócz snow boardu jest bieganie, mocne bieganie… 

Każdy, kto chce mieć trochę spokoju w życiu, musi odnaleźć swój narkotyk. Często mówi się, że osoby wychodzące z nałogów muszą znaleźć coś, czemu w pełni się poświęcą. Dla mnie nałogiem jest snowboard i gdy kończy się zima – choć staram się, by mój sezon snowboardowy trwał jak najdłużej, na wet 100 dni w roku – to muszę jakoś za gospodarować ponad 200 pozostałych dni. Jestem po AWF-ie, zawsze byłem związany ze sportem, dlatego bieganie przyszło samo. Zaczęło się od krótkich dystansów, potem dochodziły kolejne ki lometry.
Jednym z pierwszych startów był Półmaraton Księżycowy w Rybniku, który dał mi lekcję pokory. Dostałem mocno po głowie, ale wielu rzeczy się nauczyłem i zacząłem mocno się w to wkręcać.
W zeszłym roku, w lipcu, wystartowałem w Festiwalu Biegów Gór skich w Lądku Zdroju na dystansie 240 kilometrów. Oczywiście wymagało to odpowiedniego przygotowania i silnej głowy. Wydawałoby się niemożliwe, ale prawda jest taka, że wiele osób jest w stanie zrobić więcej, niż im się wydaje. Na wiele nas stać, ale musimy uwierzyć. 

Wiele osób jest w stanie zrobić więcej, niż im się wydaje. Na wiele nas stać, ale musimy uwierzyć.

 Jest też biznes – ciuchy z charaktery stycznym logiem ze szmacianą laleczką Rags… 

To projekt, który od zawsze siedział mi w głowie. Swoich ciuchów używam do pracy na stoku. To taki mój arbaj. Odzież, której nikt inny nie przetestuje lepiej niż ja. W ciuchach innych marek zawsze czegoś mi brakowało. Niestety żaden z producentów nie oczekuje informacji zwrotnej od snowboardzistów czy narciarzy. A powinny być one wykładnikiem tego, co zmieniać, co ulepszać. Stąd powstała marka Rags. Szyjemy ciuchy w Rybniku. Materiały też są z Polski, nie ma zagranicznych podróbek. Kładziemy nacisk na jakość i zróżnicowany fason. Na razie to odzież dedykowana pod narty i snowboard, głównie bluzy i koszulki. Myślimy też nad techniczną odzieżą. Mamy już prototypy wysokojakościo wych kurtek, które byłyby dużo tańsze, niż te wiodących marek. A logo sam wymyśliłem. Laleczka Rags – Ragdoll, czyli szmaciana lalka. Rags po angielsku to szmaty, łachy, które mają służyć, robocze rzeczy, które mają się sprawdzać w trudnych warunkach, dojechane do końca mają spełniać swoją funkcję. 

Aleksander Król

do góry