Pōnbōczek rozumi ślōnsko godka
O poszukiwaniu pamiątek z czasów Jezusa, Śląsku i religii opowiada nam Marek Szołtysek, autor książek o „lepszym świecie”.
![]()
Indiana Jones szukał Świętego Graala, a Ty go po prostu sfotografowałeś?
[Śmiech] To, co pokazują filmy typu „Indiana Jones” czy „Kod da Vinci”, to głupota. A to, że miliony ludzi na to się łapią, to dla mnie kolejne zaskoczenie. Ponieważ losy Świętego Graala, czyli po starohiszpańsku „kubka”, którego Jezus używał w czasie ostatniej wieczerzy w Wieczerniku, są znane. Święty Piotr przywiózł ten kubek do Rzymu (dlatego modlimy się „…i wziął ten przesławny kielich”, bo w Rzymie wszyscy wiedzieli, który to kielich), potem, by go ocalić w czasie prześladowań chrześcijan, został wywieziony do Hiszpanii i teraz jest w Walencji. Jak przyjdzie się wcześnie rano na mszę, to można go zobaczyć za darmo. Potem sprzedają już bilety, bo wiadomo – turystę trzeba oskubać.
Pewnie nie przypomina złotych kielichów wykorzystywanych podczas mszy?
Jest obudowany złotym uchwytem, ale sam kubek z Wieczernika przypomina trochę miseczkę na sałatkę z baru sałatkowego. Jest zrobiony z chalcedonu, czyli kamienia, który był drogi w starożytności. Jak się ten kamień obrobi, to zaczyna ładnie wyglądać.
Trzeba mieć trochę wiary, żeby wierzyć, że kubek z Walencji to właśnie ten Jezusowy kielich?
W zasadzie nie trzeba żadnej wiary, bo wynika to z pewnego ciągu logicznego i drogi, jaką przebył ten kubek do Walencji. To na pewno kubek z Wieczernika, jedyne, co trudno udowodnić, to to, że akurat ten należał do Jezusa. Bo z tym Wieczernikiem było trochę tak, jak z restauracją, którą wynajmujemy na chrzciny. To był dość drogi dom, bo miał piętro, a wtedy głównie budowali parterowe. W Wieczerniku były stoły i łóżka biesiadne, różne sprzęty i naczynia. Kubków mogło być więcej – pytanie, czy św. Piotr wziął dokładnie ten, który trzymał Jezus. Natomiast reszta: materiał, sposób wytworzenia, datowanie, wszystko się zgadza. Taki kubek jest w Walencji. A oni ciągle, od czasów Karola Wielkiego, szukają tego Świętego Graala. Powstają o nim różne opowieści, a on sobie po prostu leży. Aż bezczelnie.
W książce „Kuchnia Matki Boskiej” dajesz przepisy na biblijne potrawy. Jadłeś baranka z Wieczernika?
Baranka do mikrofalówki w całości nie włożysz. Dlatego jego pieczenie, w taki sposób, jak to robiono w czasach Jezusa, wykreowaliśmy z góralami z Ustronia. Trzeba go zaprawić w ziołach, a potem długo piec. Wszystko, co opisałem w książce, sam robiłem, sam gotowałem, sam widziałem – gdzieś tam w Palestynie ludzie pokazywali mi, jak przygotować konkretne danie…
Kto Cię zaraził tą pasją? Podobno Twoja babcia miała niezwykły dar opowieści…
Moja babcia opowiadała mi roztomajte opowieści z Biblii. Mnie bardzo interesowało, jak ci żołnierze rzymscy byli ubrani, jak to mogło wyglądać za czasów Jezusa. Pamiętam, że jak byłem bardzo mały, babcia miała szczęście być w Ziemi Świętej, bo jej brat, który nie wrócił z Wehrmachtu i zamieszkał na stałe w Anglii, zafundował jej podróż. Babcia opowiadała potem, że Ziemię Świętą wyobrażała sobie taką jak na rycinach z książeczek do nabożeństw, a było całkiem inaczej i nie podobało jej się wcale w tej Jerozolimie.
Ciągle jestem pod wrażeniem jej opowieści. No i trochę za jej sprawą powstała jedna z moich pierwszych książek „Biblia Ślązoka”. To jest taka prosta rzecz – opowiadanie od stworzenia świata do sądu ostatecznego słowami mojej babci. Książka wywołała dyskusje. Jedni mówili: „Jak to można tak po śląsku mówić o Panu Bogu? Bo przecież śląsko godka to coś gorszego”. Na mnie się gromy waliły, ale z drugiej strony miałem masę fanów. Książka wyszła w ponad 600 tysiącach egzemplarzy!
![]()
Jaki był Śląsk z Twojego dzieciństwa?
Zupełnie normalny, w chałupie, między sąsiadami, Ślązokami. Moja mama była nauczycielką, tata miał techniczny zawód – można powiedzieć inteligencja, dlatego poprawiali mnie czasem. Na przykład jak budowali dom i przyjechał architekt gorol, czyli nie Ślązok, poprawiali mnie, żeby nie godać przy nim. Ale to nie bardzo miało jakiś skutek. Czasem zastanawiam się, jak coś jest po polsku, bo w pierwszym odruchu krawat to jest dla mnie binder.
W dzieciństwie to mnie trocha do roboty gonili. Taki śląski żywot – cegłówki poukładać, piosek przesypać… Dlatego mógłbym dzisiaj dom wybudować od zera. Czasym żech narzykoł, żeby ojciec już skończył ten urlop, który miał zawsze w wakacje, ale jakoś żech przeżył i później był jeszcze miesiąc, żeby połazić po wsi.
Bardzo ważne było też dla mnie bycie ministrantem. To oznaczało dużo kolegów roztomajtych. Mogli my se wlyźć na wieża, pograć na organach. A moje zainteresowania dawną historią biorą się pewnie stąd, że kiedyś w przedszkolu przebrali mnie za rycerza. Mam sentyment do średniowiecza, łaciny, greki, muzyki dawnej – do dziś zbieram stare instrumenty i gram na nich, czytam stare kroniki.
A za czym z tego Śląska z dzieciństwa tęsknisz najbardziej?
Brakuje mi życia na placu. Tego w ogóle już dzieci nie znają. Dawniej całe życie toczyło się na placu. Często przestrzegali: „Bowcie sie na drodze, ale nie właźcie do chałupy” – bo ktoś tam może se legnoł, chce mieć spokój. W fusbal grali my na drodze, po rantach czy przikopach my łaziyli. Ciepali my kamiyniami na cugi z wonglym, żeby trefić do wagona. Haja była, jak żech sie spóźnioł na obiod. A telefonu nie było, jo żech nawet zegarka niy mioł. A tu jeszcze robota była – rwanie wieprzków, źle sie je obrywało, bo miały piki i trza było dować pozor, a potym trza było je jeszcze oszkubać do krauzów. Lipiec był przerąbany.
Razem z Michałem Froehlichem poprowadzicie Wielkanoc u Antoniczka. Co myślisz o fenomenie Pana Babci? On na TikToku ma miliony wyświetleń…
To mnie w ogóle nie dziwi. Nie będę tego oceniał, tylko powiem, że to jest dla niego nieprawdopodobne pięć minut. Ale może się okazać za chwilę kamieniem w czasie kąpieli w morzu.
Teraz wszystko od niego, od jego wrodzonej mądrości i od ludzi, którymi się otacza oraz propozycji, którym będzie musiał odmówić, będzie zależało, czy zachowa tę swoją śląską mądrość. O tym, że Michał wyraża pewną swojskość, śląskość, autentyczność, świadczą słupki zainteresowań. On jest jakby się urodził w 1899. Tak mieszka. Nawet moja babcia, w porównaniu z nim, żyła zbyt nowocześnie. Ale człowiek może się dać popsuć. My jesteśmy tylko ludźmi. Boję się, że niektórzy go może instrumentalnie traktują.
A język śląski powinien być w szkole?
Oczywiście, że powinien być. On już jest tam w postaci śląskich dni itp., ale to muszą być normalne lekcje. To musi być przymus. A nie na zasadzie, że zapiszę dziecko albo nie. Oczywiście mamy problem. Bo mamy takie głupie województwo śląskie, które składa się tylko w połowie z powiatów śląskich. Jak wprowadzimy śląsko godka w Rybniku, Raciborzu i Żorach, to w Sosnowcu, Będzinie i Jaworznie czego będą uczyć? Godka trzeba ratować, bo potem tego nie odtworzymy. Można odbudować zamek królewski, ale śląskiej kultury i godki nie odbudujemy.
Czy doświadczenie własnej straty, największej – spowodowało, że jakoś inaczej patrzysz na Zmartwychwstanie?
Nigdy w życiu nie miałem takiego czasu, w którym straciłbym wiarę, po którym musiałbym się nawracać. Choroba i śmierć córki – nie wiem, co było gorsze, to trwało kilkanaście miesięcy – nie zmieniła nic, jeśli chodzi o moją wiarę czy podejście do Zmartwychwstania. To był ból. O bólu nie będę opowiadał, bo jak ktoś tego nie wie, to tego nie zrozumie. Pamiętam, że dziennikarze porównywali mnie do Hioba, który według tekstu Starego Testamentu stracił wszystko. Nie straciłem wszystkiego. Mam żonę, dzieci, zdrowie. Jeśli zapytasz mnie, czy już wiem po co była ta śmierć córki? Czy to miało jakiś sens? Nie wiem po co Panu Bogu śmierć. Ale nie wiem też, po co Panu Bogu dobrzy ludzie, którzy starają się naprawiać ten „Boży świat” np. zakładając fundacje, by pomagać innym. Jaki mechanizm jest w ludziach, że chcą robić dobrze? Że nie zwariują mimo trudnych sytuacji? Człowiek jest tajemnicą. Życie jest tajemnicą. Kiedy żona zapytała mnie, czemu Pan Bóg pozwolił umrzeć naszej córce w wieku 16 lat, powiedziałem: „no ale może to jest tak, że to życie nasze jest warte pięć groszy, a to, co czeka w niebie, warte jest „jakieś” piętnaście milionów euro? A może więcej? Jak przyjdzie do wyboru, to tylko wariat wybierze to ziemskie życie.
Rozmawiał Aleksander Król