Bądźmy siebie ciekawi! O sztuce bycia razem nie tylko w walentynki
Często ulegamy złudzeniu, że z biegiem czasu wiemy o ukochanej osobie wszystko. Tymczasem – jak przekonuje dr Marta Tyszko, psychoterapeutka i terapeutka par – to właśnie utrata ciekawości drugą osobą jest cichym wrogiem miłości. Z okazji walentynek rozmawiamy o fundamentach dobrego związku: o tym, jak stworzyć relację dającą oparcie, w jaki sposób drobne gesty budują potężny kapitał na przyszłość i dlaczego warto pytać partnera „co u ciebie?”, nawet po wielu latach bycia razem.
Przed nami walentynki – czas romantycznych uniesień, kwiatów i upominków. Czy ten dzień może nam powiedzieć prawdę o kondycji naszego związku?
Walentynki często działają jak szkło powiększające. Jeśli potrafimy ten dzień spędzić dobrze, czerpiąc radość ze wspólnego bycia, to świetny znak. Jeśli jednak nasz wieczór „wykłada się” na prozaicznej decyzji – na przykład do której pójść restauracji – i kończy się to kłótnią, to zazwyczaj sygnał, że problem leży głębiej. Wtedy święto zakochanych, mimo dobrych chęci, obnaża niedoskonałości związku, które istniały już wcześniej.
Nie oznacza to jednak, że romantyczne gesty nie mają sensu. Widzę w walentynki wiele uśmiechniętych par z kwiatami i dla wielu osób takie gesty mają duże znaczenie. Kluczem jest jednak to, by stworzyć własne rytuały bliskości, a nie ulegać presji, że tego dnia wszyscy muszą być szczęśliwi i zakochani. Pamiętajmy, że prawdziwym miernikiem jakości związku jest to, co dzieje się między nami na co dzień, a nie tylko od święta.
A co z osobami, które tegoroczne walentynki spędzą solo?
Proszę przeżyć ten czas takim, jaki jest. Bez presji bycia szczęśliwym na siłę, a nawet bez presji „pogłębiania relacji ze sobą”. Z walentynkami jest podobnie jak z Bożym Narodzeniem – w reklamach widzimy tylko uśmiechnięte rodziny, co tworzy presję, że nasze święta muszą wyglądać tak samo. U wielu osób powoduje to cierpienie.
Jeśli jest nam smutno, przypomina nam się rozstanie i doświadczamy samotności, to najważniejsze jest zrozumienie tego, co się z nami dzieje. Możemy np. zadzwonić do przyjaciela, porozmawiać o swoich uczuciach, albo po prostu być sami. Niestety wszechobecne obrazki szczęśliwych par i bombardujące nas reklamy mogą sprawić, że tego dnia samotność odczujemy znacznie dotkliwiej.
Dla wielu sposobem na samotność są aplikacje randkowe. Wydaje się, że dzięki nim miłość jest na wyciągnięcie ręki. Czy jednak ta iluzja nieskończonego wyboru nie sprawia, że trudniej nam się zaangażować?
Rzeczywiście, aplikacje są projektowane tak, żebyśmy przede wszystkim z nich korzystali. Działa tu ten sam mechanizm uzależnienia, co w mediach społecznościowych, takich jak TikTok. Co gorsza, w tym cyfrowym świecie ludzie często przestają ze sobą rozmawiać – zdarza się, że zamiast napisać coś od siebie, wysyłają wiadomość wygenerowaną przez sztuczną inteligencję. To bardzo przykre.
W kontrze do tego „szybkiego przewijania” stoi to, czego w relacji potrzebujemy najbardziej: poczucie bezpieczeństwa. A na nie składają się dostępność emocjonalna („jestem tu dla ciebie”) i reagowanie („słyszę cię i jestem przy tobie”). Chodzi o więź, w której mogę zrzucić maski, bo wiem, że jestem w pełni akceptowana. Wiem, że u boku partnera czeka na mnie ukojenie, a nie ocena czy wyzwiska. Niestety wiele ludzi jest tak spragnionych bliskości, że wchodzą w relacje z internetu na oślep, wybierając pierwszą osobę, która okaże im zainteresowanie i ignorując tzw. czerwone flagi.
Aplikacje miały być antidotum na samotność – i nie przeczę, wiele par się tam poznaje – ale równie wiele osób zamyka je z poczuciem jeszcze większego zranienia.
Czy w takim razie świat wirtualny to dobre miejsce na szukanie miłości?
Nie demonizowałabym Internetu. To po prostu kolejne środowisko, w którym żyjemy. O tym, czy stworzymy dobry związek, decydują nasze zasoby i umiejętności komunikacji, a nie to, czy poznaliśmy się w parku czy na aplikacji randkowej. Musimy być jednak wyczuleni. W sieci łatwo paść ofiarą manipulacji czy oszustwa, dlatego jeśli zachowanie drugiej osoby budzi nasze wątpliwości, warto skonsultować to z kimś bliskim – osoba z zewnątrz często widzi więcej i lepiej oceni sytuację. Jeśli umawiamy się z kimś z sieci, pamiętajmy o podstawach bezpieczeństwa: wybierzmy miejsce publiczne, poinformujmy bliskich, z kim i gdzie idziemy, a po powrocie dajmy im znać, że bezpiecznie dotarliśmy do domu.

Czy istnieje uniwersalny przepis na udany związek?
Myślę, że istnieją pewne fundamenty. Lubię porównywać relację do wspólnego konta bankowego, na które codziennie dokonujemy wpłat i wypłat. Każdy uśmiech, zrobienie kawy, wysłuchanie partnera to kapitał wpłacony na konto. Każda kłótnia, krytyka czy ignorowanie to wypłata. Badania pokazują, że aby związek był stabilny, na jedną negatywną interakcję powinno przypadać od pięciu do dwudziestu pozytywnych. Dzięki temu, gdy nadejdzie prawdziwy kryzys, nie zbankrutujemy, bo zbudowaliśmy solidny kapitał zaufania.
Dodatkowo wyróżniłabym trzy filary udanej relacji. Po pierwsze: ciekawość. Wzajemne zaciekawienie to coś więcej niż uprzejme „co słychać w pracy?”. Na początku związku jesteśmy jak detektywi – chłoniemy każde słowo partnera. Z czasem jednak wpadamy w rutynę i wydaje nam się, że wiemy o nim już wszystko, a przecież ludzie się zmieniają. Nasze lęki i marzenia dzisiaj są inne niż pięć lat temu. Celem zaciekawienia jest podtrzymywanie aktualności więzi – to sposób, by nie obudzić się pewnego dnia obok kogoś, kogo kompletnie nie rozumiemy. Warto czasem usiąść wieczorem, odłożyć telefony i po prostu zapytać o rzeczy, które naprawdę mają znaczenie: „Co cię dzisiaj najbardziej poruszyło?”, „Czego teraz potrzebujesz, żeby czuć, że gramy w jednej drużynie?”, „Co mogę zrobić, żebyś poczuł moje wsparcie?”.
Zaciekawienie jest potężnym narzędziem akceptacji. Kiedy partner robi coś, co nas irytuje, zamiast myśleć: „Znowu to samo!”, zapytajmy: „Dlaczego to jest dla ciebie takie ważne?”. To zmienia dynamikę z walki na współpracę. Ciekawość sprawia, że różnice przestają być zagrożeniem, a stają się zaproszeniem do głębszego poznania.
Jaki jest kolejny filar?
Drugi to poczucie bezpieczeństwa i dostępność emocjonalna, o których już wcześniej wspominałam. Muszę wiedzieć, że gdy przyjdę do partnera z problemem, nie odbiję się od muru obojętności, ale zostanę wysłuchana i przyjęta z empatią.
I po trzecie: autonomia. Paradoksalnie, żeby być blisko, potrzebujemy zdrowego dystansu. Często się mówi, że szukamy drugiej połówki pomarańczy, a zapominamy, że spotykają się dwie całe osoby. Partner, który ma własne hobby i świat, wnosi do związku nową energię, a nie ją zabiera.
A jednak pary trafiają do Pani gabinetu. O co najczęściej się kłócimy?
Największym problemem, z którym pary trafiają na terapię, jest niestety przemoc: fizyczna, seksualna, ekonomiczna, ale też bardzo wyrafinowana przemoc słowna. Natomiast źródłem codziennych kłótni bardzo często jest konflikt ról. Wchodząc w związek, wciąż jesteśmy czyimiś dziećmi, pracownikami, mamy swoje przyzwyczajenia z domów rodzinnych. Jeśli np. dla kogoś wciąż ważniejsze jest zdanie mamy niż żony, rodzi się konflikt. Częstym problemem są też nierówności – np. gdy jedna osoba się rozwija, a druga poświęca dla rodziny i czuje się z tym źle. Niestety, wiele par przychodzi do gabinetu za późno, obsadzając mnie w roli sędziego, który ma orzec winę. W relacji często nie chodzi o to, kto ma rację, ale o to, jak my – jako zespół – reagujemy na kryzys. W końcu siedzimy razem w jednej łodzi.
No właśnie – jak rozmawiać o problemach w związku, żeby tej łodzi nie zatopić?
Trzeba pamiętać, że kłócimy się by zwalczyć problemem, a nie partnera. Wiele osób w emocjach „dziurawi” tę część łodzi, na której siedzi partner, myśląc: „To jego problem, niech tonie”. Tyle że wtedy toniemy oboje. Dobra kłótnia to taka, z której oboje wychodzimy cało. Nie zwalczamy siebie nawzajem, tylko potrafimy zastanowić się, co dla naszego związku będzie w tym momencie najlepsze.
Warto tu wspomnieć o badaniach Instytutu Gottmana. Wyróżnili oni tzw. „czterech jeźdźców apokalipsy” – zachowania, które z 90-procentowym prawdopodobieństwem zwiastują rozpad związku. Pierwszym jest krytyka wymierzona w osobę, a nie w zachowanie. Na przykład zamiast powiedzieć „przykro mi, że nie pozmywałeś”, mówimy „jesteś egoistą, myślisz tylko o sobie”. Drugim – najgroźniejszym – jest pogarda: przewracanie oczami, sarkazm, brak szacunku do partnera. Trzeci to postawa obronna, czyli ciągłe „odbijanie piłeczki”. Zamiast wziąć odpowiedzialność za błędy, reagujemy atakiem lub wchodzimy w rolę ofiary. To skutecznie blokuje rozwiązanie jakiegokolwiek problemu. Czwarty to mur obojętności – wycofanie się, karanie ciszą. Jeśli te zachowania stają się codziennością, to sygnał alarmowy dla naszego związku.
Brzmi groźnie.
Oczywiście. Często wydaje nam się, że związek to rzeźba, którą raz postawimy w salonie i ona będzie tam stała niezmiennie przez lata. To błąd. Związek to żywa tkanka, którą lubię porównywać do ogrodu. Nie wystarczy raz w roku – na przykład w walentynki – posadzić w nim kwiatka. Ogród wymaga stałej opieki, podlewania bliskością i regularnego wyrywania chwastów – czyli reagowania na małe nieporozumienia czy krytykę, zanim te problemy nadmiernie się rozrosną. Jeśli będziemy go pielęgnować na co dzień, a nie tylko od święta, to w każdy kolejny rok wyda piękne owoce.