Strona główna/Aktualności/Miasto/Przyjęcie dziecka jest Bożym Narodzeniem

Przyjęcie dziecka jest Bożym Narodzeniem

26.12.2022 Miasto

U nas święta są często. Każde przyjście dziecka jest takim Bożym Narodzeniem. Otwieramy swój dom na przyjęcie małej sieroty, dziecka, które jest porzucone, które potrzebuje miłości i robimy wszystko, by czuło się kochane, zaopiekowane, bezpieczne. Świętujemy częściej niż raz w roku, co prawda zwykle bez choinki i prezentów, ale prawdziwie. Z dziećmi łatwiej zrozumieć, co jest istotą Bożego Narodzenia. Przyjęcie człowieka jest świętem - mówią nam Ewa i Zbigniew Medalionowie, rodzice zastępczy z Rybnika.

Zdj. Aleksander KrólKarolinkę przywieźli bezpośrednio ze szpitala. Miała ledwie cztery dni. Gdy zadzwonił telefon z informacją, że jest dziecko, którym trzeba się zaopiekować, wsiedli w samochód i pojechali do szpitala.

- Cieszyliśmy się, jakbyśmy przyjmowali własną córeczkę - wspomina pani Ewa. - To było wielkie święto, kupiliśmy wyprawkę, wszystko, co potrzebne dla takiego maluszka - uśmiecha się do wspomnień.

Wkrótce w ich mieszkaniu w bloku zrobiło się wesoło, ale i ciasno, dlatego mimo obaw o finanse przeprowadzili się do domu. Zaczynali znowu jakby wszystko od nowa. Gdy Karolinka miała 10 miesięcy… poszła do adopcji.

- Czuliśmy, że oddajemy własne dziecko. To było najtrudniejsze - mówi Zbigniew i choć minęły dwa lata, łamie mu się głos. Chcieli zatrzymać Karolinkę. Nim oddali dziewczynkę, zgłosili chęć jej adopcji.

- Ale pracownicy Ośrodka Rodzinnej Pieczy Zastępczej przekonywali nas - „nie róbcie tego, dajcie jej szansę na młodych rodziców”. Wydawało nam się to niewyobrażalne - mówią.

Przepłakali kilka tygodni przed i po tym, jak Karolcia odeszła z nowymi rodzicami. - To pewien proces, oswajanie się z tym, że dziecko pomalutku odchodzi. Najpierw spędza parę godzin z przyszłymi rodzicami u nas, następnie oni zabierają ją na chwilę do siebie, potem znów wraca tutaj… To trwa trzy, cztery tygodnie. Taka jest rola pogotowia rodzinnego - chodzi o to, by nie tylko przygotować dziecko do adopcji, ale pracować też wspólnie z jego przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, budować między nimi więź. Oni muszą być na tyle bliscy dla dziecka, by ono chciało ich przyjąć.

- Teraz przyzwyczajamy w ten sposób kolejne dziecko, odwiedza nas rodzina, która weźmie Roksankę. Ale z Karolcią dopiero uczyliśmy się tego rozstawania. Tak bliska była nam ta dziecinka, że było nam bardzo trudno. W sumie, do dzisiaj jest - przyznaje Zbyszek i szklą mu się oczy.

Dawidek rzucił się na szyję. Zostali jego rodzicami

Jednak to dzielenie się miłością z małymi istotkami pozbawionymi własnego domu rozpoczęło się na dużo wcześniej przed Karolcią. Ewa i Zbyszek są małżeństwem od 39 lat, mają trzech dorosłych synów, pięcioro wnucząt. Gdy biologiczni synowie ze swoimi rodzinami wyfrunęli z gniazda, w mieszkaniu, ale przede wszystkim w ich sercach, pojawiła się przestrzeń dla nowej miłości.

Zaczęło się od 2-letniego Dawidka z domu dziecka przy ulicy Powstańców Śląskich, w którym pracowała Ewa, a Zbyszek - na co dzień dyspozytor w PKP Cargo - był wolontariuszem.

- To była miłość od pierwszego wejrzenia, Dawidek rzucił mi się na szyję i tak został. Nie wiedziałem wówczas, że ma rodzeństwo, starsze siostry Bogusię i Marysię w innych grupach - wspomina Zbigniew. - Zabieraliśmy potem całą trójkę na święta, weekendy, spacery. Nie byliśmy jeszcze rodziną zastępczą, ale pokochaliśmy je i postanowiliśmy zapewnić im rodzinne warunki. One też mocno tego pragnęły, chciały mieć swoją rodzinę, chciały być kochanymi. One nas wybrały - wspominają małżonkowie.

Wkrótce sąd ustanowił ich zawodową rodziną zastępczą, którą są już od 12 lat. I wcale nie było łatwo. - Dzieci wzięte z domu dziecka miały zaburzenia więzi, emocjonalne, społeczne i dużo trudności adaptacyjnych. Szukaliśmy pomocy wszędzie, jeździliśmy na terapie do Będzina, Wrocławia, Lędzin, Katowic… Szeroko diagnozowaliśmy, gdzie jest problem, bo prowokowały do odrzucenia, przejawiały trudności szkolne.

W pewnym momencie, podczas szkolnych klasówek Dawidek i Marysia zaczęli podpisywać się nazwiskiem Ewy i Zbyszka. Nauczyciele zgłaszali „delikatną sprawę”. Rodzice zastępczy zgłosili w sądzie prośbę o nadanie rodzeństwu nazwiska Medalion, a sąd, mimo że dzieci nie zostały adoptowane, przystał na nią.

- Nie chcieliście w tej sytuacji adoptować dzieci? - dopytujemy. - Nie zrobiliśmy tego ze względu na Bogusię - miała wówczas już 16 lat i za dwa lata mogła złożyć wniosek o mieszkanie. Uznaliśmy, że adoptując dziewczynę pozbawilibyśmy ją czegoś, czego sami nie bylibyśmy w stanie jej dać - mieszkania w bloku. Bo z racji sieroctwa takie jej się należy - przyznają rodzice zastępczy.

Zgodnie z prawem dzieci w rodzinie zastępczej przebywają do pełnoletności albo - gdy uczą się - do 25. roku życia (inaczej jest w sytuacji pogotowia rodzinnego, do którego dzieci trafiają doraźnie, w założeniu na krótko). Bogusia mieszkała z nimi do 20. roku życia, minęło już 5 lat od jej ślubu. Marysia wyszła za mąż w czerwcu tego roku. Skończyła „Urszulanki” i obecnie jest na drugim roku pedagogiki wczesnoszkolnej, pracuje w Oligosie. Państwo Medalionowie będą mieli kolejną wnuczkę, bo spodziewa się dziecka. Wciąż mieszka z nimi Dawid, który obecnie ma prawie 17 lat i uczy się za kucharza. Czasem przyrządzi obiad, że palce lizać! - To bardzo miłe, gdy od czasu do czasu zaprasza nas do stołu - mówią rodzice zastępczy. Chociaż siostry Dawida poszły na swoje, w domu Medalionów znów jest gwarno…

Darem dzielą się z najmłodszymi. Są w pogotowiu
- Po odejściu Bogusi uznaliśmy, że jest w nas jeszcze na tyle dużo miłości, by podzielić się nią z innymi - wspominają. W decyzji o stworzeniu pogotowia rodzinnego utwierdziła ich wygrana walka z nowotworem pani Ewy.

- Dostaliśmy jakby nowe życie, dar, którym postanowiliśmy się podzielić z najmłodszymi istotkami - wspominają.

Pierwszym dzieckiem w ich pogotowiu była właśnie Karolinka, którą chcieli adoptować. Potem była Zuzia, która również była z nimi przez 10 miesięcy. - By było choć troszkę lżej się rozstać, Dawid, który przepłakał razem z nami odejście Karolinki, wymyślił, jak pożegnać Zuzię, by nie było tylu łez, a dziecko nie było zdezorientowane. Tego dnia Zuzia prawie jak w orszaku weselnym wychodziła z domu, z muzyką, balonami, śpiewem i tańcem. Wsiadając do samochodu nowych rodziców biła brawo - wspomina pani Ewa. Potem była Kaja, Lena, Roksanka, Ala, Ilaria z Ukrainy, którą przywieźli w nocy, a po kilku dniach poszła do rodzinnego domu dziecka...

- Idą w świat w różnych momentach, w zależności od tego, czy ich sytuacja prawna jest uregulowana czy nie, czasami to trwa dłużej, czasem krócej. Im dłużej trwają procedury, tym trudniej dziecku znaleźć nowy dom - zauważają.

W pokoju na piętrze, w którym na ścianach wiszą zdjęcia wszystkich dzieci, jakie tu dotąd spały, a teraz stoją cztery łóżeczka, jest wyjątkowo radośnie. Kaja pokazuje kolorową zabawkę, Ala próbuje majstrować coś przy naszym aparacie fotograficznym.

- Kaja ma 2 lata i jest z nami od urodzenia, Ala trafiła do nas z interwencji, gdy miała 8 miesięcy, Lena miała 2 miesiące. Dzieci z interwencji są trudniejsze, bo mają bagaż, czegoś złego doświadczyły, mają lęki i zanim na nowo zaufają dorosłemu, trochę czasu minie. Muszą się przekonać, że ktoś reaguje na ich płacz, że są tulone, kochane, bezpieczne, że jest cisza i spokój. Zwykle w ich dawnych „domach biologicznych” nikt nie podchodził, gdy szlochały - mówią małżonkowie. Jest jeszcze Roksanka, która jest najmłodsza - ma dopiero 9 miesięcy, ale najszybciej wyfrunie z domu Zbyszka i Ewy. Od 4 tygodni odwiedzają ich jej przyszli rodzice adopcyjni, bawią się wspólnie, budują więź. Na święta chyba już jej nie będzie u Medalionów.

Ale spokojnie, będzie u nich gwarniej niż w większości domów w Rybniku. Tu Boże Narodzenie wydarzy się naprawdę.

- Staramy się złapać każdą chwilę i wykorzystać ją dla dzieci i siebie, bo nic już się nie powtórzy. To, co one otrzymają od nas, poniosą przez całe życie. Chcemy im zapakować po brzegi plecak miłością, z którym pójdą raźniej w świat - mówią rodzice.

Aleksander Król

do góry