Strona główna/Aktualności/Miasto/Pani Terenia, rybnicka mistrzyni grzebienia

Pani Terenia, rybnicka mistrzyni grzebienia

23.10.2022Miasto

Na strzyżeniu i układaniu włosów zna się jak mało kto. Nic dziwnego - ma 53-letnie doświadczenie w zawodzie fryzjera, a swoje głowy z ufnością powierzali jej duchowni, samorządowcy, artyści, lekarze, prawnicy, restauratorzy czy nauczyciele. - Wśród moich klientów byli też prezydent Rybnika Adam Fudali i biskup Grzegorz Olszowski - mówi rybnicka fryzjerka Teresa Miketa, emerytka, która wciąż chętnie strzyże i czesze.

Po prostu kocham to, co robię - mówi z przekonaniem. Pani Terenia, bo tak nazywają ją klienci, zawsze z równą pasją dbała o głowy pań i panów, co dzieci. - To już piąte pokolenie moich klientów - mówi z dumą. Do zakładu mieszczącego się w pobliżu bazyliki trafiają nie tylko rybniczanie, ale też klienci z całego regionu. Nawet ci mieszkający na co dzień w Niemczech, przy okazji pobytu w Rybniku, koniecznie muszą zajrzeć do pani Tereni. 
-  Najbardziej lubię... rzeźbić damskie głowy - mówi rybniczanka, której kolejną wielką pasją jest geografia. Lubi też malować, ale od zawsze miała artystyczną duszę.

Teresa Miketa ma 53-letnie doświadczenie w zawodzie fryzjera. Zdj. Wacław Troszka

Od pędzla do nożyczek

W zawodzie pracuje od 1969 roku. Chciała zostać projektantem wnętrz i marzyła o liceum artystycznym w Katowicach, ale rodziców nie było na to stać. Wiedziała jedno - byle nie praca za biurkiem, wybrała więc dwuletnią wtedy fryzjerską zawodówkę.

- Tam, gdzie dziś jest Magnolia kiedyś mieścił się spółdzielczy zakład fryzjerski, pierwszy, w którym pracowałam. Wysyłano mnie też na zastępstwa - tak przeszłam 23 zakłady w Pszczynie i w okolicach Rybnika. Sześć lat pracowałam w zakładzie fryzjersko-kosmetycznym przy ul. Mickiewicza - wylicza.

Wspólnie z mężem, a po jego śmierci już sama, prowadziła też sklep, stąd ponad 14-letnia przerwa od fryzjerstwa. - Było ono moją wielką pasją i trudno mi było z niego zrezygnować - wspomina. Z tym większą radością wróciła do zawodu. W domu przy ul. Solskiego wydzieliła dwa pomieszczenia i 1 czerwca 1995 roku otwarła własny zakład męsko-damski. - Miałam obawy, ale zaryzykowałam - mówi. 

Trudne początki

- Krzesła musieliśmy przywieźć aż z Poznania, żeby klienci mieli na czym siedzieć, a okna wystawowe były w cenie okien do całego domu. Po  zaopatrzenie do zakładu musiałam jeździć aż do Chorzowa - wspomina pani Terenia, która brała też udział w pokazach i szkoleniach, by być na bieżąco z fryzjerskimi trendami.

- Przed otwarciem zakładu byłam na kursie francuskiego mistrza Alexandra, gdzie nauczyłam się wielu nowych stylów strzyżenia i farbowania - opowiada.

Dobrze pamięta też rosyjską mistrzynię, która w Poznaniu w ciągu 10 minut z zamkniętymi oczami zrobiła trzy różne upięcia. - Też się tego nauczyłam... - przyznaje fryzjerka, która po otwarciu zakładu przez 18 lat nie była na dłuższym urlopie, a kiedy już pojechała odruchowo spakowała do walizki nożyczki i maszynkę. - Wśród pierwszych klientek była niepozorna staruszka, którą ugościłam też pączkiem i kawą. Wciąż mam to poczucie, że to dzięki niej pojawili się u mnie kolejni klienci. - Pewnie była „posłana” przez Antoniczka - śmieje się rybniczanka, a figurka Antoniczka od lat czuwa nad zakładem i jego klientami.

Od pierwszego sekretarza po księdza

Wśród pierwszych klientów byli jej znajomi, również ci prowadzący w Rybniku swoje lokalne biznesy.

- Pani Fudalowa i jej mąż, który przychodził do mnie regularnie, również wtedy, gdy był już prezydentem miasta, ale czesałam też dawne dyrektorki I, II LO i rybnickiego muzeum, skrzypaczki i pianistki ze szkoły muzycznej, dyrygenta filharmonii oraz rodziny rybnickich  przedsiębiorców i lekarzy. Ówczesna szefowa Uniwersytetu TrzeciegoWieku zaprosiła mnie też do prowadzenia wykładów dla studentów-seniorów - opowiada pani Terenia.

- Po prostu kocham to, co robię - mówi pani Terenia, która w domu przy ul. Solskiego, 1 czerwca 1995 roku otwarła własny zakład męsko-damski. Zdj. Wacław Troszka

Zawsze umiała dobrać fryzurę do twarzy i charakteru klienta, a w jej fryzjerskim fotelu siadywał też I sekretarz KM PZPR w Rybniku Czesław Koszorz.

- Moimi klientami byli radni i urzędnicy, nauczyciele i artyści, prawnicy i aptekarze, restauratorzy i hotelarze, ale też zakonnicy i księża, w tym dzisiejszy biskup Grzegorz Olszowski. To był taki rodzinno-parafialny zakład fryzjerski - śmieje się pani Terenia i tylko żałuje, że sporo z tych kontaktów przerwała pandemia.

- Trudno dziś przypomnieć sobie wszystkie rozmowy z klientami, ale z prezydentem Fudalim, którego znałam od lat, rozmawialiśmy o mieście, ale też o codziennych kłopotach i radościach - mówi pani Terenia i dodaje z uśmiechem: - Moi klienci zawsze mogli liczyć na zaufanie, wszystko pozostawało między nami, jak w konfesjonale.

Maniewski pod wrażeniem

Teresa Miketa była też członkiem założycielem Izby Rzemieślniczej, która powstała w Rybniku w 2006 roku. - Mam dużą satysfakcję, szczególnie że branżowa szkoła, którą prowadzi izba, świetnie sobie radzi - mówi rybniczanka, która ma więcej powodów do zadowolenia - docenił ją Maciej Maniewski, jeden z najbardziej znanych fryzjerów w Polsce.

- To było w Spodku - tylko ja znałam odpowiedzi na pięć jego pytań. Był pod takim wrażeniem, że po prosił mnie o wspólne zdjęcie - wspomina.

Doceniają ją nie tylko byli i obecni współpracownicy, których sukcesami potrafi się cieszyć, ale też klienci - w dniu jej urodzin do zakładu z życzeniami ciągną tłumy, a telefon nie milknie. Nic dziwnego: u pani Tereni nigdy nie jest nudno - w sylwestra fryzjerki czeszą klientów w strojach wieczorowych lub kostiumach karnawałowych, a nasza bohaterka szczególnie wspomina swoje wcielenie Violetty Villas.

Pani Tereniu, na łyso proszę!

W swojej ponad 50-letniej pracy miała też nietypowe zlecenia: - Był pan, który zażyczył sobie obcięcia na łyso i Afroamerykanin, któremu przez kilka godzin w trójkę zaplatałyśmy warkoczyki - wspomina rybniczanka, która wyuczyła wiele uczennic. W jej zakładzie dochodziło też do różnych zdarzeń: od kradzieży i omdleń po kłótnie.

- Kiedyś klienci dyskutując o polityce skoczyli sobie „do kudeł” - śmieje się fryzjerka.

Od 8 lat jest już na emeryturze, a zakład przejęła jej siostrzenica: - Zluzowałam, ale wciąż czeszę i strzygę dla przyjemności. Biorę przykład z pewnego fryzjera, który pracował mając 97 lat, więc jeszcze przez parę lat powinnam dać radę... - mówi z uśmiechem sympatyczna 68-latka.

Sabina Horzela-Piskula

do góry