Gruba zmiana, czyli zdrowsze życie Rybniczanki
Robicie postanowienia noworoczne? „Zrzucę parę kilogramów” jest pewnie wysoko na liście. – Warto to zrobić dla zdrowia i lepszego samopoczucia – przekonuje Rybniczanka Dorota Zygmunt. Kiedyś ważyła 123 kilogramy, dziś ze swoimi 77 kg inspiruje innych do działania. Mówi: Ty też możesz! Zmieniła swoje życie na zdrowsze i została jedną z twarzy kalendarza „Jestem z Rybnika”, którego tematem jest właśnie zmiana. Autorką zdjęć jest Ola Kubica, która zaprosiła Dorotę również do innego projektu – „Rybnickie kobiety”.

– Warto przejść na zdrową stronę życia – mówi Rybniczanka, której się udało, bo była zdeterminowana, konsekwentna i świadoma. Łatwo nie było i wciąż nie jest.
– Otyłość cały czas mieszka w głowie, to choroba przewlekła i podstępna. U mnie w remisji, bo jej pilnuję. I nie, nie jestem aniołkiem, zdarza mi się zjeść ciacho czy wypić piwko, ale kiedy patrzę na siebie w lustrze, pamiętam, jaka byłam i wiem, ile osiągnęłam i już nie chcę wrócić tam, gdzie byłam jeszcze kilka lat temu – mówi Dorota Zygmunt.
Odchudzała się całe swoje dorosłe życie, przerobiła większość znanych i mniej znanych diet. – W teorii wiedziałam wszystko, czytałam książki o odchudzaniu, liczyłam kalorie, ćwiczyłam, byłam aktywna… – wspomina. A jednak tyła. I chudła. Chudła i tyła.
Jednostka E66
Nie potrafiła nadążyć za dziećmi, swobodnie się schylić, wejść szybko po schodach… – Wiedziałam, że jak zostanę przy wadze, którą mam, i która cały czas rosła, to za chwilę będę niesprawna i zamiast towarzyszyć moim dzieciom w ich życiu, będę dla nich ciężarem. A do tego byłam świadoma wszystkich tych konsekwencji zdrowotnych i tego, jak trudno pracuje się moim otłuszczonym organom. Otyłość to nie jest defekt kosmetyczny, ale jednostka chorobowa E66 – mówi.

Leczenie zaczęła 9 lat temu, ważąc 123 kilogramy. Nadzieję dała znajoma: – To się leczy, i to skutecznie! – usłyszała. Efekty przyniosła jej determinacja i skoordynowana opieka psychodietetyka, trenera i chirurga bariatrycznego. Rybniczanka została zakwalifikowana do chirurgicznego leczenia otyłości na NFZ.
– Bałam się ogromnie, ale miałam wsparcie męża, który widział tę moją bezsensowną walkę z wiatrakami. Bałam się, ale tydzień przepłakałam ze szczęścia, bo wiedziałam, że w końcu skończy się ta moja bezradność. Człowiek otyły czuje się beznadziejny, bo próbuje i nie daje rady. Pamiętam, jak wybudzili mnie po operacji i wtedy pomyślałam sobie: to jest mój ostatni gruby dzień w życiu, teraz będę już tylko chudsza – wspomina.
Łyżeczka po łyżeczce
Proces zrzucania kilogramów trwał około roku. I nie było tak prosto, jak mogłoby się wydawać.
– To sinusoida: waga spada i zatrzymuje się, czasami nawet na miesiąc. Trzeba więc przetrwać wszystkie mentalne kryzysy. To skomplikowany proces – uczysz się jedzenia na nowo, bo zaczynasz od papek i płynów, niczym sześciomiesięczne dziecko, a potem każdy stały pokarm musisz dobrze przeżuć, żeby przeszedł przez ten zoperowany żołądek, więc nie ma mowy o jedzeniu łapczywym, w biegu, na szybko. Teraz każdy mój posiłek jest mały i celebrowany – wyjaśnia.

Mówi, że operacja nie jest drogą na skróty i że istnieje wiele różnych sposobów walki z otyłością.
– Operacja bariatryczna jest ostatecznością. To nie jest wizyta u kosmetyczki, bo to nie jest zabieg estetyczny, tylko bardzo poważna ingerencja w układ pokarmowy. A dzisiejsza medycyna oferuje sporo narzędzi – farmakologiczne leczenie otyłości czy programy wspierające, jak Kos-bar, zapewniający skoordynowaną multidyscyplinarną opiekę lekarzy specjalistów. Inna jest też dzisiejsza dietetyka, bo dietetyk – nie ChatGPT! – przepisuje pożywne i dobre posiłki z ulubionych produktów, więc dieta może być przyjemna. Nawet aktywność można wybrać taką, jaką się lubi – nie trzeba się katować na znienawidzonej siłowni, można zacząć od spacerów, tak jak ja – mówi.

Miała jeden poważny kryzys – w pandemii przytyła 20 kg i dobijała do 100 kg, ale wróciła do intensywniejszych ćwiczeń i kontroli talerza, i znów to zrobiła!
Dobra zmiana
Dorota przekonuje, że każdy dzień na zmianę jest dobry. – Po prostu to zróbmy! Nie szukajmy wymówek, nie mówmy: jutro, od poniedziałku, od 1 stycznia. Najważniejszy jest pierwszy krok – przekonuje. Radzi też, by znaleźć kogoś, kto będzie wsparciem.
– Osoba otyła czuje się żenująco, wie, jak wygląda, ile waży i ma świadomość tego bagażu oraz zna metody rozwiązań, ale nie potrafi zacząć, albo, tak jak ja, wielokrotnie próbowała, ale bez efektów, co jeszcze bardziej potęguje uczucie bezradności, dlatego warto otaczać się ludźmi wspierającymi, którzy będą motywować osobę otyłą i powiedzą: Nie jesteś sam! – mówi Dorota.
Wie, jakie to ważne, dlatego dzieli się swoimi doświadczeniami z innymi – była ambasadorką kampanii „W nowym kształcie” i aktywnie działa w fundacji „Otyłość. To się leczy”. Czasem lekarze podsyłają jej swoich pacjentów na szczerą rozmowę, bo przecież ona wie, jak to jest.
– Najgorzej, kiedy słyszysz od lekarza: Powinna pani schudnąć. Osoba otyła doskonale o tym wie i gdyby było to takie proste, już dawno by to zrobiła – mówi.

Rybniczanka prowadzi też blog #Nienażarty – szczery i bez tabu. I często słyszy: dziękuję za odcinek twojego webinaru, dzięki tobie schudłem 30 kg, dobrze, że jesteś…
– Uważam, że warto, choćby tylko dla jednej osoby, która przejdzie na zdrową stronę życia. Tu nie chodzi o efekt wizualny, ale o zdrowie, bo wachlarz powikłań otyłości jest bardzo szeroki – mówi.
Sama wciąż tego doświadcza, ale dziś jest optymistką. – Leczenie to nie słabość, ale akt odwagi! Jednak nic nie dzieje się samo, to jest codzienna praca i codzienne wybory, ale można i warto! Dzisiaj czuję się o 10 lat młodsza niż w dniu operacji – mówi Dorota Zygmunt, specjalistka od zdrowszego życia i... marketingu w Domu Kultury w Boguszowicach.