75-lecie Tygla. Wojciech Zawioła wspomina...
10 grudnia Zespół Szkół Technicznych świętować będzie 75-lecie istnienia. Mury szkoły-jubilatki opuściło dotąd 21865 absolwentów. Jak swoje szkolne lata wspominają niektórzy z nich?

Wojciech Zawioła, klasa technik energetyk cieplny (1989-1994), dziennikarz telewizyjny i radiowy, pisarz
Zwykle narzekamy, wręcz nie znosimy szkół, do których uczęszczamy jako dzieci czy nastolatkowie. Pamiętacie? „Po co się tego uczyć, nie przyda mi się”, „nauczyciel się na mnie uwziął”, „niezła zołza z tej…”. A potem mijają lata i zmienia się perspektywa. O tych złych momentach wciąż pamiętamy, ale mamy do nich inny stosunek. Łagodniejemy w ocenie albo wręcz zaczynamy się z tego wszystkiego śmiać. Zołza mówimy już z uśmiechem i częściej pamiętamy, jak nauczyciel rozbawił, niż postawił „pałę”. Czy w moim przypadku jest inaczej? Nie, jest dokładnie tak samo.
Skończyłem nasze technikum w 1994 roku z całkiem niezłym wynikiem maturalnym, choć pewnie tylko dlatego, że akurat w tamtym roku mogłem zamiast matematyki zdawać egzamin z historii. Przygotowywał mnie do niego Waldemar Wollny, któremu zależało przecież na dobrej ocenie jedynych dwóch maturzystów tego rocznika w szkole. Pomagał więc, jak mógł.
Dziwnie było z tą matematyką, bo nie wychodziła mi, mimo bardzo pozytywnego stosunku do mnie Elżbiety Matysik. To ona zrobiła ze mnie posła do Sejmiku Dzieci i Młodzieży. I tak mi polityka weszła do głowy, że nauki polityczne stały się moim kierunkiem studiów, bo zawsze byłem humanistą. Chyba zauważyła to najpierw Urszula Pluta, a potem Anna Zimny, która z pisemnej matury z polskiego nie chciała postawić mi oceny bardzo dobrej, „bo by ci piórka urosły”. Piszę te słowa i uśmiecham się, bo to bardzo ciepłe wspomnienie, bez żalu. I uśmiecham się, bo tak się złożyło, że pisanie stało się moją życiową pasją.
Nie zapomnę nigdy (często wspominam) słów Henryka Macka: „Otwieramy podręczniki na tej samej stronie co ja!” wypowiedzianych charakterystycznym, prześmiewczym tonem, a potem „święto pracy należy uczcić wzmożoną pracą”. To słowa kultowe dla uczniów jak dla kinomanów teksty z „Seksmisji”.
Pani Michalina Stobierska, chemiczka, której napsuliśmy sporo krwi… A ona nam. Urocza pani Lidia Dzieniarz, u której fizyka była przyjemniejsza, niż powinna być. I moje cudowne wychowawczynie, wspomniana pani Pluta, a później nieodżałowana Grażyna Kohut – wciąż nie mogę uwierzyć, że już jej nie ma. Jej syna Łukasza poznałem, kiedy był małym bajtlem, teraz witamy się za każdym razem ściskając się i wiem, że nad nami jest wtedy Grażyna…
To moja szkoła. Dała mi popalić, ale kiedy o niej myślę, to z uśmiechem, bo nie dość, że zmieniła się perspektywa na cieplejszą, to zostały przyjaźnie. Brzmi banalnie, ale one naprawdę są. A jak nie przyjaźnie, to solidne znajomości z fantastycznymi wspomnieniami. Łezka w oku.