– Czasu nie wolno marnować – mówi najstarszy zegarmistrz z Rybnika

28.03.2026 Miasto

W ostatni weekend marca, jak co roku, czeka nas rytuał przestawiania zegarków. Dla Eugeniusza Kalkowskiego, najstarszego czynnego zegarmistrza w Rybniku, to dzień jak każdy inny. Ponownie wejdzie po 96 schodach na wieżę ratusza. Tam pewną ręką wyreguluje stary mechanizm, dzięki któremu miasto każdego dnia miasto „chodzi jak w zegarku”. – Dopóki zdrowie pozwoli, będę tu przychodził. Zegar musi działać – uśmiecha się.

Pierwszy warsztat otworzył 12 listopada 1964 roku w domu rodzinnym w Rybniku-Kamieniu, przy ulicy Polnej (obecnie Arki Bożka). Dziś prowadzi zakład w Boguszowicach, gdzie mieszka od wielu lat. Wchodząc do środka, słychać miarowe, uspokajające tykanie setek mechanizmów. Na ścianach i półkach stoją różne zegary – od dużych, ściennych modeli w drewnianych skrzyniach, przez kolorowe budziki, po najmniejsze, niezwykle precyzyjne czasomierze. Wśród nich jeden jest wyjątkowy.

– Proszę spojrzeć – mówi, wyciągając srebrny zegarek kieszonkowy z ozdobnego pudełka, własnoręcznie wykonanego. – To pamiątka po moim dziadku. Zginął w 1916 roku pod Verdun. Dziadka pochowano we Francji, a zegarek wrócił do rodziny.

82-letni fachowiec delikatnie otwiera wieczko i pokazuje wciąż sprawny mechanizm.

– Zegar musi mieć duszę. Elektronika jest cicha, martwa. A stary zegar żyje. To tykanie to bicie jego serca – tłumaczy.

Kieszonkowy zegarek po dziadku wciąż niezawodnie odmierza czas. Zdj. (D)

Najpierw tokarz, potem zegarmistrz

Eugeniusz Kalkowski pochodzi z rodziny rzemieślniczej.

– Ojciec był ślusarzem, jeden wujek tokarzem, drugi stolarzem, trzeci kowalem, a ciocia krawcową. Dziadek zginął na wojnie, babcia została sama z piątką dzieci i nie było jej stać na wyższe szkoły, więc każdy musiał mieć konkretny zawód – opowiada.

Sam zapragnął zostać zegarmistrzem. W latach 60. zdobycie fachu nie było proste – rzemieślnicy mogli szkolić tylko jednego ucznia, a chętnych nie brakowało. Szukał miejsca w Rybniku, Raciborzu, Wodzisławiu i Żorach, ale wszędzie słyszał odmowę.

– Wtedy ojciec przypomniał sobie o koledze, z którym chodził przed wojną do szkoły. Okazało się, że ten kolega, August Ryszka, prowadził zakład w Rydułtowach – wspomina Rybniczanin.

Pojechali do niego, ale mistrz tylko rozłożył ręce: „Chętnie cię przyjmę, ale dopiero za trzy lata, bo teraz szkolę swojego syna”.

Co robić przez trzy lata? Czternastoletni Eugeniusz nie czekał bezczynnie. Zapisał się do szkoły zawodowej w Rybniku i wyuczył zawodu tokarza, zanim rozpoczął naukę wymarzonego zegarmistrzostwa. Tokarka okazała się nieoceniona w pracy zegarmistrza.

– Dziś części są dostępne od ręki, ale kilkadziesiąt lat temu nawet najmniejszy element trzeba było zrobić samemu. Czy to wałek naciągowy, czy oś balansowa, która musi być wykonana z dokładnością do setnej części milimetra – wszystko toczyłem sam. Każdego dnia używam tokarki – mówi.

Eugeniusz Kalkowski zgromadził w swoim warsztacie setki zegarów. Zdj. Marcin Giba

Strażnik czasu i zegarów

Codziennie pokonuje również 96 schodów prowadzących na wieżę rybnickiego ratusza. Tam znajduje się zabytkowy mechanizm zegara kwadransowego, zamontowany w 1890 roku i wyremontowany przez pana Eugeniusza 41 lat temu. Do dziś dogląda go osobiście.

– Metal kurczy się na mrozie i rozszerza w upale, co wpływa na pracę wahadła, więc trzeba codziennie tego pilnować i na bieżąco go regulować – tłumaczy.

– Do tego setki ludzi patrzą na ten zegar, by sprawdzić godzinę. Musi być dokładny – dodaje.

To niejedyny mechanizm, który przywrócił do życia.

– Kiedyś naprawiałem zegar na kościele w Marklowicach. Kiedy przejeżdżałem przez tę miejscowość lata później, zauważyłem, że wskazówki stoją – wspomina.

– Okazało się, że starego mechanizmu nie ma już na wieży, zastąpił go elektroniczny. Nowy proboszcz nie wiedział, co się z nim stało. Trop prowadził do kościelnego: jego synowie wynieśli stary zegar do szopy. Leżał tam przykryty i zapomniany. Udało mi się go odzyskać i ostatecznie trafił do Muzeum w Rybniku – opowiada zegarmistrz.

Rybnickie muzeum posiada sporą kolekcję zegarów sprowadzonych przez Kalkowskiego. Jeden z najciekawszych pochodzi z XVIII wieku, z Przerzeczyna-Zdroju.

– To niezwykła konstrukcja, w której nie ma ani jednej śrubki, bo wszystko złożono na kołki. Co więcej, na ramionach mechanizmu wciąż widać datę naprawy, zapisaną złotą farbą – wyjaśnia.

To prawdopodobnie jedyny zegarmistrz w kraju, który może pochwalić się kompletem dwunastu podręczników zegarmistrzostwa brata Wawrzyńca Podwapińskiego – i to w dodatku z dedykacją! Zdj. (D)

Nie ma czasu na nudę

– Czas jest najdroższym skarbem człowieka. Raz stracony, przepada bezpowrotnie. Jego marnowanie to czyn karygodny – mówi z przekonaniem najstarszy zegarmistrz w regionie.

Dlatego, mimo wieku, ani myśli o odpoczynku.

– Na prawdziwą emeryturę przejdę, jak będę miał sto lat – żartuje. – Nuda mnie dobija. Nawet w niedzielę muszę zajrzeć do warsztatu. Tu odpoczywam – tłumaczy i przyznaje, że jego głowa wciąż jest pełna pomysłów.

Jeden z nich, starannie rozrysowany, od lat leży w szufladzie. To zegar kwiatowy z mechanizmem ukrytym w ziemi i tarczą ułożoną z roślin.

– Umieściłbym go na skwerze przed Starym Kościołem lub przed Teatrem Ziemi Rybnickiej – mówi Eugeniusz Kalkowski.

Przed laty pokazywał swoje plany włodarzom miasta, ale pomysł nie doczekał się realizacji. Mimo to się nie zniechęca.

– Rybnik był kiedyś drugim najbardziej ukwieconym miastem w Polsce. Taki zegar byłby pięknym nawiązaniem do tej tradycji. Chciałbym go zobaczyć w moim mieście – wyznaje.

Kto wie, może kwietny zegar czeka na odpowiednią godzinę?

dziennikarz
Dominika Rauk