Strona główna/Aktualności/Kultura i rozrywka/Lidia Grychtołówna: Fundacja pomoże rozwinąć talenty

Lidia Grychtołówna: Fundacja pomoże rozwinąć talenty

07.02.2022Kultura i rozrywka

Fundacja ma pomóc rozwijać talenty. Nie brakuje młodych ludzi, którzy chcą się doskonalić, a nie mają na to środków finansowych.

 

Rozmowa ze światowej sławy pianistką Lidią Grychtołówną, która planuje utworzyć w Rybniku fundację. Siedziba Fundacji Lidii Grychtołówny i Janusza Ekierta ma znaleźć się w Rybniku, w wilii przy ul. Powstańców Śląskich 36, gdzie mieszkała przed wojną. Miasto wyremontuje budynek

Lidia Grychtołówna

 Podobno pierwszy publiczny koncert zagrała Pani w Białej Sali Hotelu Polskiego w Rybniku w wieku 5 lat. To musiało być olbrzymie przeżycie?

 To była sala balowa, w której w karnawale odbywały się piękne bale, na których często gościli moi rodzice. Rzeczywiście pierwszy koncert zagrałam w Hotelu Polskim mając 4 lata i 8 miesięcy. Jednak bardziej ode mnie przeżywali to moi rodzice. Ojciec strasznie się denerwował, gdy po mieście chodzili chłopcy z dużymi tablicami zapowiadającymi koncert „najmłodszej polskiej pianistki”. Nie wiedział, jak się zachowam, bo wcześniej nie grałam publicznie. Nigdy nie wiadomo, co sobie wymyśli małe dziecko. Jednak zachowałam się tak, jakby to było dla mnie normalne. Posadzili mnie przy fortepianie, a ja zagrałam swoje. Potem stanęłam na taboreciku, by mnie widziano, a ludzie bili brawo. Podobno sama też zaczęłam sobie je bić.

 To wtedy, stojąc na taboreciku przed publicznością postanowiła Pani, że muzyka będzie całym Pani życiem?

 Co wtedy myślałam, nie mogę powie dzieć, ale na pewno nie traktowałam tego jako sprawy poważnej. Po prostu cieszyłam się, że ludzie mnie posłuchali i że dostałam kwiatki oraz bombonierkę. I tyle. Rok później grałam kolejny koncert w kinie Apollo. Żona pana Białego, znanego rybnickiego lekarza, która była ważną osobą w mieście, wręczyła mi wówczas duże czekoladowe jajko. Tyle zapamiętałam [śmiech].

 Jak rodzice odkryli Pani talent?

 Moja mamusia dobrze grała na fortepianie, pobierała prywatne lekcje i ćwiczyła, a ja się temu przysłuchiwałam. Byłam niemowlaczkiem, a wózek stał przy fortepianie. Któregoś dnia zauważyła, że gdy ćwiczy, to ja nie kwilę, jestem zupełnie cichuteńka i słuchałam. Gdy już zaczęłam chodzić, siedziałam blisko mamy i obserwowałam, jak porusza palcami po klawiaturze. Gdy miałam prawie 4 lata, a mama wyszła z pokoju, wdrapałam się na taboret i zaczęłam po jednym paluszku szukać tych dźwięków, które zapamiętałam z jej grania. Mama ćwiczyła Mazurka Chopina, więc zaczęłam sobie składać tę muzykę jak dziecko klocki z obrazka. I tak pomalutku „robiłam” cały utworek. Mama była w innym pomieszczeniu i pomyślała sobie – „kto tak gra?”. Gdy weszła do pokoju i zobaczyła mnie przy fortepianie, była zdumiona. 

Mama ćwiczyła Mazurka Chopina, więc zaczęłam sobie składać tę muzykę jak dziecko klocki z obrazka. I tak pomalutku „robiłam” cały utworek. Mama była w innym pomieszczeniu i pomyślała sobie – „kto tak gra?”. Gdy weszła do pokoju i zobaczyła mnie przy fortepianie, była zdumiona.

 Od razu poprosiła pana Karola Szafranka, który miał w Rybniku prywatną szkołę muzyczną, by mnie po słuchał. Przyznał, że dziecko jest uzdolnione muzycznie. A potem mój ojciec pracując w starostwie dowiedział się, że do Urszulanek raz w miesiącu przyjeżdża pani profesor Chmielowska z Katowic, która uczyła panienki w katowickim konserwatorium. Zapytał ją, czy mogłaby posłuchać córkę, która prawdopodobnie ma bardzo duże zdolności muzyczne. I tak się stało. Pani Chmielowska spełniła tę prośbę. Potem, po latach, gdy byłam już studentką, wspominała jeszcze, że gdy pierwszy raz przyszła do naszego domu, miałam jakąś gwiazdkę we włosach, bo to było tuż po świętach Bożego Narodzenia. Wspominała, że byłam bardzo rezolutna. Spytała: „no to maleńka, co mi zagrasz? A ja odpowiedziałam – „co sobie pani życzy, mogę zagrać Chopina, Ogińskiego, Paderewskiego”. Potem rodzice jeździli ze mną na zmianę do Katowic, do prywatnego mieszkania pani Chmielowskiej. Miałam tam lekcje dwa razy w tygodniu. W wieku 7 lat zdałam egzamin wstępny do konserwatorium w Katowicach, gdzie uczyłam się do wybuchu wojny. Studia w Katowicach były drogie, ale na II roku dostałam stypendium wojewody Grażyńskiego. 

Wojna przerwała lekcje muzyki? 

Nie, ćwiczyłam przez całą okupację. Dowiedziałam się, że pan Szafranek uczy w Katowicach, dlatego nawiązałam z nim kontakt i od czasu do czasu jeździłam do niego na lekcje. A ćwiczyłam w restauracji w Dębieńsku. Pianino było tam stare i każdy klawisz miał inną tonację. Ćwiczyłam w rękawiczkach, bo w pomieszczeniu było zimno. Stały tam jakieś wina w beczkach, to były bardzo trudne warunki. Ale wiedziałam, że jak nie będę grać, to nigdy moje marzenie, by być pianistką, się nie spełni. Jakoś przetrwałam wojnę. 

Ojciec uciekł bez płaszcza w ostatniej chwili, gdy Niemcy dojeżdżali już do rynku w Rybniku. Od razu by go powiesili, bo był najbliższym współpracownikiem Korfantego…

 Mieszkałam już wówczas z moją mamą pod Rybnikiem, w Dębieńsku Starym, gdzie wynajęliśmy pokój u dalekiej rodziny mojego ojca. Nie mieliśmy wówczas wiele. Niemcy wszystko zabrali z naszego domu przy kościele św. Antoniego, w którym mieszkaliśmy przed wojną i który rodzice zdążyli pięknie umeblować. Był tam już perski dywan, a pół roku przed wojną rodzice kupili prawdziwy obraz Kossaka. To wszystko przepadło łącznie z wszystkimi dokumentami. Ojciec uciekł bez płaszcza w ostatniej chwili, gdy Niemcy dojeżdżali już do rynku w Rybniku. Od razu by go powiesili, bo był najbliższym współpracownikiem Korfantego… Niczego nie odzyskaliśmy po wojnie. Nigdy już rodzice nie mieli tego, co przed nią. Po wojnie trzeba było zaczynać od przysłowiowej aluminiowej łyżeczki.

 To w tym domu ma powstać pani fundacja?

 Tak, ja się urodziłam w tym domu i codziennie ćwiczyłam. Muzyka rozbrzmiewała w tych murach od rana do wieczora. Czasami przychodziły do na szego domu ważne rybnickie osobistości [śmiech]. Rybnik przed wojną był prowincjonalnym miasteczkiem. Pamiętam, że żony aptekarzy, lekarzy i sędziów były bardziej dumne niż ich mężowie. Często to wyśmiewałam, za co karcili mnie moi rodzice. „Przyszła pani sędzina” – mówiłam z ironią zmieniając głos. 

Wspomniała Pani, że w czasie studiów dostała stypendium od wojewody Grażyńskiego, bez którego pewnie byłoby trudno się uczyć. Teraz chce Pani, by fundacja ułatwiła studia innym… 

Tak, ta fundacja ma pomóc rozwijać talenty. Nie brakuje młodych ludzi, którzy chcą się doskonalić, studiować, a nie mają na to środków finansowych. Chciałabym, by wsparcie mogli uzyskać nie tylko zdolni pianiści i muzycy, ale też na przykład poeci czy malarze. To wszystko jest jeszcze do uzgodnienia. Na czele fundacji mojego imienia i imienia mojego męża Janusza Ekierta [redaktor i krytyk muzyczny, autor licznych publikacji i książek – red.] ma stanąć pan Norbert Prudel, który będzie miał do pomocy też innych.

 W grudniu miała Pani zagrać w teatrze w Rybniku, niestety koncert został przełożony z powodu pandemii. Słuchaliśmy za to Pani recitalu online Live from home. Zapytam z przymrużeniem oka – trudniej gra się przed „swoimi”, czyli rybnicką publicznością, przed jurorami Konkursu Chopinowskiego, czy koncerty online?

 Prezydent miał po mnie wysłać samochód do Warszawy, ale dobrze się stało, że koncert w Rybniku został przełożony. Zagram, gdy epidemia będzie mniej dokuczała. Dlaczego miałoby się trudniej grać przed rybnicką publicznością? Może już trudniej przed tą w Nowym Jorku, bo tam gra się kilka koncertów na dzień [śmiech]. A tak na poważnie – koncert jest koncertem i do każdego się przygotowuję i chcę zagrać jak najlepiej. Oczywiście stres jest zawsze, także podczas koncertów online z własnego mieszkania. Wolę publiczne koncerty. Jeszcze inne emocje towarzyszą Konkursom Chopinowskim.

 Większy jest stres, gdy się gra same mu, czy ocenia podczas Konkursu Chopinowskiego?

 To inny stres. Gdy się gra, człowiek chce wypaść jak najlepiej, gdy jest się jurorem – a byłam 6-krotnie jurorem Konkursu Chopinowskiego – duży stres związany jest z odpowiedzialnością, by jak najlepiej ocenić uczestników.

 Poziom Konkursu się zmienia?

 Powiedziałabym, że jest coraz wyższy. Są coraz lepsi pedagodzy, ludzie grają coraz lepiej, muzyka bardzo poszła do przodu. Bruce (Xiaoyu) Liu, który zwyciężył XVIII Konkurs Chopinowski, od początku był moim faworytem.

 Rozmawiał Aleksander Król 

do góry