Strona główna/Aktualności/Kultura i rozrywka/Jego babcia gotowała dla Gierka

Jego babcia gotowała dla Gierka

07.08.2022Kultura i rozrywka

To było we Francji, w rodzinnej restauracji serwującej domowe dania. - Właśnie tam uświadomiłem sobie, jak bardzo niedoceniane jest domowe gotowanie. Sięgamy po to, co modne i polecane przez najlepszych szefów kuchni, a to, co od pokoleń gotowano w naszych domach, odchodzi w zapomnienie. Stąd pomysł, by podzielić się przepisami na dania, które gotowały moje mama i babcia - mówi rybniczanin Aleksander Szojer, pasjonat podróży i dobrego jedzenia, autor bloga „Posmakuj świata” oraz książki „Moja babcia gotowała dla Gierka - kulinarna podróż na Śląsk w czasach PRL-u”. Do księgarń trafi w połowie września, a znajdziemy w niej nie tylko przepisy.

Łatwo nie było, bo domowe smaki najtrudniej odtworzyć. - Oryginalne przepisy często giną, bo coraz mniej osób z rodziny pamięta wszystkie potrzebne składniki i dokładne proporcje, które są szczególnie ważne w przypadku ciast - opowiada autor, któremu jednak udało się zebrać przepisy na domowe dania i maszkety, głównie kuchni śląskiej oraz polskiej z czasów PRL-u, a przy okazji zabrać czytelników w sentymentalną podróż do Rybnika lat 80.

Anna Szojer z synem Aleksandrem zapraszają do swojej kuchni

Z ojcem w piekarni, z babcią w kuchni

- Moje dzieciństwo przypada na okres PRL-u, który bywa różnie oceniany, a przecież znaczna część życia wielu z nas toczyła się właśnie w tym czasie, w którym ludzie potrafili być szczęśliwi i po prostu żyli. Chciałem wrócić do wspomnień z mojego dzieciństwa - mówi.

Toczyło się ono w domu przy ul. Wiejskiej, pachnącym chlebem i gorącym kakao. - Pamiętam wyprawy do piekarni, w której pracował mój tata, i świeży chleb, którego skórki obgryzałem w drodze powrotnej. Pamiętam też, jak pomagałem mojej ulubionej sąsiadce w roznoszeniu mleka, choć wymagało to wstawania o świcie oraz jak bardzo lubiłem tutejszy targ - mówi Aleksander Szojer.

Łucjan Szojer w piekarni. Zdj. Archiwum prywatne.

Dziś wszędzie tam, gdzie podróżuje, odwiedza lokalne targowiska, gdzie najszybciej można się zorientować, czym żyją i co jedzą miejscowi. - Myślę, że to o targach będzie moja kolejna książka - planuje. Dzieciństwo Olka to również ulubiona pomidorowa, gotowana przez jego babcię Jadwigę Salamon, weselną kucharkę.

- Nie trzeba mnie było szczególnie zachęcać. Lubiłem jeść i pomagać babci w kuchni. Fascynowało mnie również wszystko to, co toczyło się wokół samego gotowania. W naszym ogrodzie babcia uprawiała warzywa, a ja razem z nią - opowiada.

Olek kulo kluski. Zdj. Archiwum prywatne

Ogórkowa nie jest obciachowa

- To osobista książka, pisana z perspektywy dziecka - mówi o książce „Moja babcia gotowała dla Gierka - kulinarna podróż na Śląsk w czasach PRL-u”. Znajdziemy w niej 95 sprawdzonych domowych przepisów - od zup i przystawek przez dania główne, po ciasta i desery z domowego archiwum.
- Odtworzyliśmy z mamą i tatą nie tylko klasyki jak kołocze, ale też prawie zapomniany rodzinny tort czekoladowy. Zebraliśmy sporo przepisów na popularne dania śląskie, jak rolady i kluski - u nas bez dziurek, oraz na PRL-owskie pewniaki typu smażona wątróbka czy ozory w sosie chrzanowym - mówi i dodaje:

- Są też zupy, które kiedyś spełniały rolę pełnych dań, jedzonych po prostu z chlebem. Postanowiłem je przypomnieć i pokazać w atrakcyjnym świetle - porządna kartoflanka czy ogórkowa może być wspaniałym daniem. Właściciele tamtej francuskiej restauracji szczycili się tym, że podają dania gotowane od pokoleń i odpowiednio je wyceniali. Dlatego zamiast myśleć: mam dziś zwykłą ogórkową, lepiej zachwycić się jej wyjątkowym smakiem.

W książce znajdziemy też przepis na śląską wodzionkę

Sam też lubi gotować i eksperymentować w kuchni, ale na potrzeby książki dania przygotowała głównie jego mama Anna, emerytowana krawcowa i handlowiec, która niestrudzenie gotuje i piecze dla całej rodziny. Z kolei tata - Łucjan - był ekspertem od ciast. Przypadkowo w starym kajecie z przepisami babci trafili na twarogowe knedle z powidłami, które pan Łucjan pamiętał jeszcze ze swojego dzieciństwa.

Praca nad książką trwała prawie dwa lata. Autor napisał ją dla rówieśników i pokolenia swoich rodziców, ale również dla młodszych czytelników, którzy być może zechcą poznać codzienne życie w PRL-u i odkryć domową kuchnię sprzed lat.
- Dania śląskie są nie tylko pożywne, ale wyjątkowo smaczne - podkreśla miłośnik kuchni regionalnych, który wykonał zdjęcia wszystkich zebranych potraw. Zna się na tym - od kilku lat prowadzi blog „Posmakuj świata” i publikuje w „Kukbuku”, dwumiesięczniku kulturalno-kulinarnym. Na co dzień jest psychoterapeutą oraz trenerem rozwoju i zawodowo sporo podróżuje, a przy okazji odkrywa regionalne potrawy, garkuchnie i targi.

Domowe gotowanie zaczyna się na targu, dlatego Anna Szojer na rybnickim targowisku jest częstym gościem. Zdj. Archiwum prywatne

Dwa lata temu wspólnie z przyjaciółką Anną Jassem wydał „Japoński rok od kuchni” - przewodnik po domowej kuchni i zwyczajach Japończyków. Chętnie też piecze ciasta i częstuje nimi innych. - Dobrze zrobiony śląski kołocz nie ma sobie równych - mówi. 

Rolada dla tokijczyka

Wraz z rodziną brata Zbyszka przyrządzał dla tokijczyków śląskie specjały, w tym makówki. - Bardzo im smakowały, choć Japończycy nie używają maku do deserów. Byli zachwyceni klasycznym śląskim zestawem - rolady, kluski, czerwona kapusta oraz szpajza na deser - co tylko potwierdza atrakcyjność rodzimych dań, które smakują też w kraju koneserów kulinarnych - mówi Aleksander Szojer.

Ze swojej książki z japońskimi przepisami szczególnie poleca: letni zestaw grillowy, czyli szaszłyki drobiowe peklowane na słodko-kwaśno, podawane z ryżem z kukurydzą i sałatką z wodorostów. Wysoką pozycję na liście faworytów zajmuje również chirashi zushi, czyli sushi rozrzucone, w którym składniki układa się warstwowo w dużej misie. - Każdy, kto spróbuje, jest zachwycony. To również doskonałe danie biesiadne - dodaje. To właśnie w jednej z tokijskich restauracji wpadł na pomysł tytułu swojej nowej książki.

- Musisz o tym napisać - stwierdzili przyjaciele, kiedy opowiedział im o swojej nieżyjącej już babci Jadwidze, która gotowała również dla Edwarda Gierka. 

Dzik w czarnej wołdze

Dzisiaj już nie istnieje, ale dawniej bażanciarnia w Rogoźnej była jedną z większych w regionie i przyjeżdżali do niej ówcześni dygnitarze partyjni, z samym Edwardem Gierkiem na czele.

- W czasach PRL-u organizowano tam polowania i biesiady dla prominentów. Babcia pochodziła z pobliskiego Jastrzębia-Zdroju. Jako cenioną kucharkę weselną, która fachu uczyła się w jastrzębskim hotelu Europa, wzywano ją do szefowania grupie gospodyń gotujących dla partyjnych gości. Jak to w tamtych czasach bywało - chciała, nie chciała - jechać musiała. Gotowała w bażanciarni regularnie przez kilka lat, właśnie za czasów Gierka - opowiada.

Jadwiga Salamon w kuchni. Zdj. Archiwum prywatne.

Uczestnicy polowań nie mieli w zwyczaju jeść upolowanej w ich trakcie zwierzyny, którą traktowali jak trofeum, ale oczywiście lubili dobrze zjeść. Nie tylko myśliwski bigos.

- Dziczyznę i bażanty przywożono do naszego domu już wcześniej, a babcia je peklowała i przyrządzała. Później jechały do bażanciarni przysłaną czarną wołgą - opowiada i dodaje: - A sam Gierek, jak wspomina mój starszy brat, który czasami babci towarzyszył, lubił osobiście pozdrowić baraszkującą w ogrodzie dzieciarnię gospodyń.

Książka, w której przeczytamy też o kartkach na żywność i wieczorynkach wyznaczających rytm życia dzieci oraz znajdziemy lokalne anegdoty, jest też wyrazem hołdu dla naszych mam i babć. To im zawdzięczamy domowe obiady, ale też coś znacznie cenniejszego...

- One nie tylko gotują i karmią, ale też - co podkreśla ta książka - zapewniają nam wyjątkowe doznania, które pozostaną z nami na zawsze. I być może będą to najcenniejsze wspomnienia w naszym życiu, ważniejsze niż te z wakacji w najpiękniejszym nawet miejscu na świecie - podsumowuje Aleksander Szojer.

Autor: Sabina Horzela-Piskula

do góry