Być jak scyzoryk mistrza Lipińskiego
Miał 16 lat, gdy narysował karykatury Wojciecha Manna i Czesława Niemena, które nagrodzono Grand Prix w konkursie popularnego wtedy tygodnika „Świat Młodych”. – Patronem konkursu był Eryk Lipiński, znany wówczas rysownik, satyryk, naczelny „Szpilek” i twórca warszawskiego Muzeum Karykatury, który w nagrodę włączył te moje dwa rysunki do zbiorów muzeum i podarował mi… scyzoryk wędkarski. Może mu zbywał? Może miał dwa? Ale wytłumaczył się bardzo elegancko, życząc mi, żeby moja kreska zawsze było tak ostra jak ten scyzoryk. Przypuszczam, że gdyby zbywał mu młotek, wymyśliłby coś równie miłego – mówi Maciej Maćkowiak, który z rysunkowej pasji nigdy nie wyrósł. Dziś ma na koncie ponad 250 zilustrowanych książek i profil z satyrycznymi rysunkami.
Nigdy nie wędkował, więc scyzoryk gdzieś przepadł, ale ostrość satyrycznej kreski pozostała. Dziś często słyszy: „pan ma to samo nazwisko, co autor takich śmiesznych rysunków w internecie”.
– Czasem wydaje mi się, że rysunek będzie hitem, a niespodziewanie dla mnie, niesamowite zasięgi wykręca ten, który sądziłem, że przejdzie bez echa – mówi Maciej Maćkowiak, rybniczanin z urodzenia, o rysunkach, których wyświetlenia bywa, że przekraczają milion.

O fenomenie profilu napisano już jedną pracę dyplomową, a spece od FB przygotowali kilka szkoleń.
– Zdziwiło ich to, że przy stosunkowo niedużej liczbie fanów i reakcji pod rysunkiem ich zasięg był przeogromny. Okazało się, że ludzie obawiali się polajkować rysunki, szczególnie te polityczne, ale je sobie przesyłali. Pamiętam, jak jedna z koleżanek z biura dostała na telefon mój rysunek, który szybko dobił do dwóch milionów odsłon, a przesłała jej go znajoma z USA – opowiada Maćkowiak.
Dziś unika polityki, bo mówi, że jest wiele innych, wystarczająco śmiesznych tematów. – Bawią mnie zwierzęta, szczególnie kiedy żartują sobie z nas i komentują nasze zachowania – mówi właściciel dwóch psów i autor logo, w którym jest piesek-ołówek, a może ołówek-piesek?
NA POCZĄTKU BYŁ KOBYLIŃSKI
Maćkowiak nie czuje się satyrykiem, mówi, że jest rysownikiem-rzemieślnikiem. Ceni precyzję kreski i poczucie humoru Andrzeja Mleczki, kumpluje się z Ptaszkiem Staszkiem i lubi charakterystyczne rysunki Edwarda Lutczyna.
– Miał pracownię w Warszawie wspólnie z grafikiem Andrzejem Pągowskim. Byłem tam na początku lat dziewięćdziesiątych i pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wtedy komputer i tablet graficzny – wspomina Maćkowiak, który zaczynał od rysunków do biuletynu wydawanego z okazji Rybnickich Dni Literatury, drukowanego na powielaczu z Ryfamy.
Żeby Maciek, wtedy uczeń „Hanki”, mógł rysować dla RDL, Piotr Bukartyk, dziś pracownik Teatru Ziemi Rybnickiej, musiał prosić o zgodę jego rodziców. – Rozmowa odbyła się w sklepie sportowym mojego ojca – wspomina rybniczanin, który dorastał z Szymonem Kobylińskim.
– Dziadek siadał do obiadu i czytał „Politykę”, a ja naprzeciwko wpatrywałem się w rysunki Kobylińskiego – wspomina.
Miał nawet okazję poznać cenionego satyryka-rysownika podczas warsztatów w Warszawie, co dla nastolatka z Rybnika było sporym przeżyciem. Podobnie jak publikowanie dla „Gazety Rybnickiej” w 1990 roku.
– Było to dla mnie mocno nobilitujące. To była jedna z pierwszych gazet, dla których rysowałem – wspomina rysownik „Razem”, „Panoramy” czy „Gazety Wyborczej”.
– Dostawałem list od Heleny Łuczywo, zastępczyni naczelnego GW: „Panie Macieju, proszę przygotować i wysłać nam kilka rysunków”. Wsadzałem je do koperty, a po dwóch tygodniach dostawałem list z podziękowaniami i zapytaniem, jak uregulować płatność. Takie to były czasy. Pamiętam też zastępcę naczelnego śląskiej „Panoramy” w kompletnie zadymionym biurze. Wiele lat później, kiedy zacząłem pracować na rynku książek i poznałem Annę Dziewit-Meller, dziennikarkę i pisarkę, dowiedziałem się, że to był jej ojciec, który opowiadał wówczas w domu o chłopaku z Rybnika, który bardzo fajnie rysuje – wspomina.

PRACA (NIE)POWAŻNA
Zawsze miał łatwość przekładania historii na obrazek – przez pewien czas rysował storyboardy, czyli rozpiski kadrów do filmów reklamowych. Dziś ma na koncie 250 zilustrowanych książek, w większości dla dzieci.
– Przemycam w nich taki poziom humoru, który łapią dzieci, ale śmieszy też rodziców – mówi.
O pracy ilustratora zamarzył, kiedy jako nastolatek zobaczył film, w którym mama głównego bohatera była ilustratorką. – Pracowała w domu, w fajnej pracowni i bardzo mi się to spodobało – mówi. Maćkowiak ilustrował wielokrotnie nagradzane książki doktora Tomasza Rożka z serii „Nauka. To lubię” i bestsellerową autorską serię „Jak to działa”. Lubi złożone ilustracje, z wielością elementów, do których się wraca i odkrywa wciąż nowe szczegóły. Ma też na koncie ilustracje dla poradników dla dorosłych, w tym dziennikarki i prezenterki Omeny Mensah. – Kiedyś wymyśliłem sobie, że nie dorosnę – fizycznie się nie udało, ale mentalnie idzie mi nawet całkiem nieźle – żartuje rybniczanin, z wykształcenia ekonomista, który zawodowo zajmuje się marketingiem na rynku wydawniczym. Pracuje w wydawnictwie HarperCollins Polska.
– Praca rysownika miała być zajęciem na emeryturę, bo wieku ilustratora nie widać. Pomyślałem sobie, że jak skończę taką normalną, poważną, stresującą pracę, zajmę się właśnie czymś takim, ale to wypaliło znacznie wcześniej – mówi.
WYJŚĆ POZA KONTUR
Właśnie pracuje nad przewodnikiem turystycznym dla dzieci. Kolejnym, tym razem dla Jaworza, co w przypadku tak niewielkiego miasteczka jest sporym wyzwaniem. Mówi, że poczucia humoru nie da się nauczyć, inaczej jest z rysowaniem, którego zdarza mu się uczyć dość niekonwencjonalnie, bo z użyciem pieczarki. Jej kształt nie musi przecież przypominać dzieciom jedynie zwykłego grzyba.

Dziś już wie, że im rysunki prostsze, a kreska z pozoru mniej dopracowana, tym lepiej. Takie też były jego pierwsze karykatury, nagrodzone przez mistrza Eryka Lipińskiego. Maćkowiak wypracował już swój własny styl z charakterystycznym wyjściem koloru poza kadr.
– Kiedyś odebrałem telefon od przerażonego pracownika drukarni z przeprosinami, że zepsuł coś w trakcie składu i od dwóch godzin próbuje dopasować kolory do konturów. Kiedy mu wyjaśniłem, że to taki mój specjalny zabieg, był szczęśliwy, że wreszcie może iść do domu – opowiada.
Nie obawia się AI, podobnie jak przysłowiowy góral, który rzeźbi Jezuska z drewna. – Nie da się go zastąpić nikim innym… Poza tym myślę, że ilustrator nie jest jeszcze w czołówce zawodów do przejęcia przez sztuczną inteligencję – mówi. Nie narzeka na brak pomysłów, które pojawiają się w przeróżnych okolicznościach.

– Jak noszę w sobie jakiś pomysł, to aż przebieram nogami, żeby jak najszybciej skończyć rysunek i pokazać go innym – mówi. Pomysły stara się notować w telefonie, po tym, jak zapisane marginesy wyrywane z gazet i wpychane do kieszeni kończyły swój żywot w pralce. – A przecież to mógł być hit… – mówi. Czuje się rzemieślnikiem i nie pcha się do „rysunkowego mainstreamu”.
– Nie chciałbym przekroczyć granicy pomiędzy rzemieślnikiem a artystą. Nie chcę opowiadać dyrdymałów, że użyłem żółtego koloru, bo dostrzegłem taki w zachodzącym słońcu w Toskanii. Użyłem go, bo po prostu jest ładny i tyle! – mówi Maciej Maćkowiak.