Marek Szołtysek. Ślązoki u piekarza
U dawnych śląskich piekarzy było pojęcie „chleb ludzki”. O co tu chodzi? Czy to znaczy, że piekli też oni chleby dla zwierząt? Zajrzyjmy więc do dawnej śląskiej piekarni.

Chleb z domowych pieców chlebowych
Na początku ludzie piekli chleby w swoich domach na paleniskach lub w piecach kuchennych albo w budowanych w domu lub obok specjalnych piecach chlebowych, zwanych piekarokami czy piekarniczokami. Ta chlebowa epoka kończyła się ok. 1900 r., kiedy w śląskich miastach – jak w Rybniku oraz koloniach familoków – jak w Niedobczycach, Chwałowicach czy na Paruszowcu – zaczęły powstawać piekarnie działające jak małe rodzinne firmy. Praca tam zaczynała się o godzinie 3 lub 4 w nocy. Rozpalano ogień w piecu i wypiekano żymły na godzinę 6.00. Zaraz potem piekorz, jego żona – piekarka i pomocnicy – piekarczyki, zaczęli wyrabiać ciasto na chlyb. Potem formowano z ciasta pecynki, czyli bochenki, wkładano do słomionek, czyli słomianych koszy, gdzie ciasto rosło. Ostatnim etapem było umieszczanie surowych pecynków w cieplejszej części pieca, a potem przekładanie ich do części mniej gorącej, by się dobrze dopiekły. Zazwyczaj chleb był gotowy na 10.00 lub 11.00.
„Chleb ludzki”
Zanim jednak ludzie w miastach i robotniczych familokach przyzwyczaili się do korzystania z piekarń – był czas przejściowy tzw. „chleba ludzkiego”. Ciasto na chleb ludzie przygotowywali sami w domu, wkładali do swoich słomionek i tylko nieśli to do piekarń do upieczenia. Właśnie ten chleb przygotowany przez LUDZI piekarze nazywali chlebem LUDZKIM. Za tę usługę upieczenia trzeba było piekarzowi zapłacić, ale i tak wychodziło taniej.
Piekarze użyczali ludziom swego pieca nie tylko do pieczenia domowych chlebów. W klasycznej śląskiej piekarni, gdzie rano pieczono żymły, przed południem chleby – to około południa piec powoli stygł i idealnie nadawał się do pieczenia ciast, z których najbardziej popularne były biszkopty na dorty, zisty, krackuchy i kołocze. Taki kołocz z serem, makiem, jabłkami albo tylko z posypką – robiło się w domu i na blachach nosiło do piekarza koło południa i potem odbierało wypieczony i pachnący. Żeby gospodynie poznały, która blacha jest czyja, to w rogu ciasta wkładało się karteczkę z niepalnego papieru, na której ołówkiem wypisano nazwisko właściciela kołocza.
Kołocz, plotki i wspomnienia
Należę jeszcze do pokolenia, które doświadczyło kupowania wprost w piekarni porannych żymeł, przedpołudniowego chleba i południowego wypiekania kołoczów. Czasami wraz z grupą ludzi czekało się w piekarni godzinę na upieczenie swojego kołocza, plotkowano i wspominano dawne czasy, jak np. podczas I wojny światowej piekarnie miały zakaz sprzedawania świeżego chleba, bo za bardzo smakuje i się go dużo zje. Piekarnie musiały więc świeży chleb magazynować i sprzedawać następnego dnia jako czerstwy. Tak w wojennych latach niedostatków próbowano rozwiązywać problemy żywieniowe.