Strona główna/Aktualności/Historia/"To była Hiroszima". 30 lat temu płonęły lasy w Kuźni (..)

"To była Hiroszima". 30 lat temu płonęły lasy w Kuźni Raciborskiej

26.08.2022Historia

Środa, 26 sierpnia 1992 roku, godzina 14. 05, przez Kuźnię Raciborską przejeżdża pociąg z Raciborza do Katowic. W chwilę później mieszkańcy sąsiadujących z torami domostw spostrzegają
płomienie wokół szyn kolejowych i po kilku minutach własnymi siłami próbują gasić niewielki jeszcze pożar, rozprzestrzeniający się, niestety, w dwóch kierunkach - czytamy w Gazecie Rybnickiej z 4 września 1992 roku. Dokładnie 30 lat temu wybuchł największy pożar lasów w powojennej Europie.

Gazeta Rybnicka z

Dziś, w piątek 26 sierpnia mija 30 rocznica od wybuchu pożaru w lasach Kuźni Raciborskiej. Na pierwszej stronie Gazety Rybnickiej z 4 września 1992 roku zdjęcie samochodu strażackiego w zadymionym lesie i wymowny tytuł "To była Hiroszpma". Specjalnie dla Was publikujemy w całości tekst sprzed 30 lat autorstwa Wacława Troszki.

To była Hiroszima. Artykuł z Gazety Rybnickiej z 1992 roku

"Tam gdzie na drodze ognia znalazło się zaorane pole, pożar udało się powstrzymać, ale z drugiej - sięgnął on pobliskiego lasu i choć już po kilkunastu minutach na miejscu były pierwsze jednostki straży pożarnej, ogień rozprzestrzeniał się w tak szalonym tempie, że już w godzinach wieczornych płonęło 700 hekatrów lasu.

Taki był początek blisko tydzień trwającego pożaru lasów w okolicach Kuźni Raciborskiej, największego w naszej powojennej historii i w Europie.

Gdy dziesiątki strażackich wozów zmierzały na miejsce akcji, na drogach obok swych domostw stali mieszkańcy ze sporym zdziwieniem spoglądający na rozświetlającą wieczorne niebo łunę. Ciekawska młodzież próbowała podejść jak najbliżej, ale strażacy od razu zaprowadzili względny porządek, nie pozwalając osobom postronnym zbliżyć się do skraju lasu, w którym spustoszenie siał żywioł.

Z lotniska w Gotartowicach startowały strażackie samoloty. Arc. Gazeta Rybnicka

Na miejscowym stadionie zorganizowano szybko prowizoryczny punkt dowodzenia z samochodem łącznościowym, koordynującym wysiłki coraz większej grupy łudzi, która w końcu osiągnęła liczbę 7 tysięcy osób.

Strażacy z Rybnika w akcji

Z czasem stało się wiadomym, iż w nocy, walka z żywiołem, który pochłonął już dwoje ludzi, jest bardzo niebezpieczna. Kolejne dni przyniosły kolejne porażki na pożarniczym froncie, padały kolejne linie obrony.

Już w pierwszym dniu w akcji udział brało 18 sekcji OSP z terenu naszego miasta, wszystkie te, które dysponowały sprawnymi samochodami. Z zawodowych jednostek dwie pojechały na miejsce akcji, trzecia, największa, obsługiwała odbywające dziesiątki lotów samoloty typu „dromader" startujące i tankujące wodę wzbogaconą środkiem pianotwórczym z lotniska w Gotartowicach.

Już w pierwszym dniu w akcji brało udział 18 sekcji OSP z terenu Rybnika. arc Gazeta Rybnicka

Z rozmowy z dowódcą Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej Komendy Rejonowej Państwowej Straży Pożarnej w Rybniku, kpt. Jackiem GOROLEM wynika, że dla zawodowych strażaków był to po prostu kolejny pożar po wcześniejszych w Bukownie, Olkuszu czy Imielinie; praktycznie od połowy lipca, z kilkudniowymi przerwami, wciąż gasili płonące lasy!

Warunki pracy były trudne, wszyscy skoszarowani zostali na miejscu w rybnickiej komendzie i gdy przychodziła ich kolej - wyjeżdżali na miejsce akcji. Czasem na dwanaście godzin, a czasem na trzy doby - w zależności od potrzeb, rosnących w zastrasza jącym tempie. Na sen niewiele było czasu, czasem pozwalała nań krótka dwugodzinna przepustka, w czasie której można było wpaść do domu, uspokoić bliskich i nieco się zdrzemnąć we własnym łóżku.

Ktoś przyniósł siatkę pomidorów

Początki były trudne, dopiero z czasem, z coraz większą pomocą przychodzić zaczęli poszczególni ludzie, instytucje, zakłady i firmy prywatne. Ktoś przyniósł siatkę pomidorów, inny papierosy czy kalafior. To nie tylko pomagało, ale i dodawało otuchy.

W pomoc włączyły się władze miejskie, a Stowarzyszenie Użytkowników CB-Radia przeprowdziło szeroką akcję zbiorki żywności, napojów i tego wszystkiego, co mogło się przydać osobom biorącym udział w tym gigantycznym przedsięwzięciu.

Pomoc płynęła z każdej strony; na specjalny apel błyskawicznie odpowiedział jeden z właścicieli rybnickich sklepów, przynosząc potrzebną do jednego z wozów strażackich pompę wtryskową. Wysłużony sprzęt miał prawo zawodzić; na miejscu, w Kuźni naprawiano drobne awarie, sporo sprzętu, takiego jak pompy i węże pochłonął ogień, bo trzeba było w wielu przypadkach ratować przede wszyst kim własne życie. Sytuacja zmieniała się przecież błyskawicznie i trudno było przewidzieć, jak potoczą się dalsze losy tej, czy innej akcji, bo obwód pożaru liczył około 100 km.

Dziesiątki wozów strażackich w lasach Kuźni. Arc. Gazeta Rybnicka

„To była prawdziwa Hiroszima..." powie działa jedna z pracownic nadleśnictwa. Choć pożar miał miejsce poza terenem rybnickiego nadleśnictwa, jego pracownicy aktywnie od pierwszego dnia włączyli się w całą akcję gaszenia czy też powstrzymywania pożaru. Już w nocy z środy na czwartek poczyniono pierwsze niezbędne przygotowania i już następnego dnia rano na miejscu było pięćdziesiąt osób gotowych do pracy przy gaszeniu
pożaru.

Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych przygotował specjalny harmonogram pracy w dwunastogodzinnych zmianach dla wszystkich tego typu jednostek z terenu czterech województw. Byli i tacy, którzy na miejscu akcji spędzili po dwie doby bez przerwy.

Ogień dwa kilometry od granicy nadleśnictwa Rybnik

W pewnym momencie, gdy płonęły lasy nadleśnictwa Leboszowice pod miejscowością Trachy, ogień był o dwa kilometry od granicy nadleśnictwa Rybnik. Na szczęście przy sprzyjających warunkach atmosferycznych pożar w tym akurat miejscu udało się zatrzymać. Gdyby wtedy powiał zacho dni wiatr, pożoga sięgnęłaby i naszego nadleśnictwa.

Skutki pożaru zinwentaryzowane zostaną juz wkrótce, ale już teraz można powiedzieć, że dają się one najbardziej we znaki mieszkańcom Gliwic, którzy przy niesprzyjających wiatrach odczuwać mogą brak tlenu.

Nie jest natomiast prawdą, że lasy pod Kuźnią były dla mieszkańców Rybnika pasem naturalnej ochrony przed zanieczyszczeniami wędrującymi górą z Czechosłowacji. Lasy te po prostu leżą a, raczej leżały po prze ciwnej stronie. Taką opinię przedstawił nam Nadleśniczy Andrzej KUCA, od którego uzyskaliśmy powyższe informacje.

Piloci Aeroklubu ROW w akcji

Szalejący żywioł zjednał wysiłki wielu ludzi, dzięki którym akcja gaszenia mogła przebiegać właściwie bez przerwy. Nieba nad Rybnikiem od rana do nocy  przecinały przecież klucze „Dromaderów" wspomagających strażaków z powietrza. Pilotom z Poznania, Katowic, Wrocławia z pomocą przyszli pracownicy Aeroklubu ROW, którzy poma gali w zdobywaniu oleju, tankowaniu samolotów i koordynacji powietrznego ruchu. Nie było mowy o pobieraniu lotniskowych opłat, najzwyczajniej trwała nieustanna praca.

Trudno dokładnie dziś powiedzieć, co i ile zawdzięczają tym i wielu innym ludziom mieszkańcy Kuźni, Twarogu Małego i wielu innych miejscowości. Oni sami na rozwijającą się sytuację reagowali bardzo różnie. Jedyni byli prawdziwie zatroskani o swój dobytek, los
i przyszłość, innych uspakajał widok oddanych swej służbie bez reszty strażaków i dziesiątek czerwonych wozów. Byli i tacy, którzy spoglądając na odległą ognistą łunę nie zdawali sobie sprawy z grożącego im niebezpieczestwa i stać ich było tylko na głupie dowcipkowanie, ci rozsądni, nie bacząc na swe zmęczenie, po prostu pomagali. Żywioł pochłonął ok. 10. 000 ha lasów, w czasie akcji zginęło dwóch strażaków, zniszczeniu uległo wiele sprzętu, my Ślązacy, straciliśmy naturalną „wytwórnię" tlenu. I pomyśleć, iż być może wszystko dlatego, iż ktoś nie opatrznie wyrzucił przez okno pociągu niedopałek." Wacław Troszka

 

do góry