Rybniczanin odkrywa historię rzymskich legionistów
– Znalazłem coś, co z pewnością zechce pani profesor zobaczyć – usłyszała szefowa międzynarodowej ekspedycji archeologicznej w bułgarskim Swisztowie. Dzwonił Rybniczanin Marek Niesobski, archeolog z jej zespołu badawczego, prowadzącego wykopaliska na terenie rzymskiego obozu legionowego Novae. Było wcześnie rano, ale wizerunek wyłaniający się z ziemi nie mógł czekać. – Był to fragment z płaskorzeźbą Minerwy, czyli greckiej Ateny – wspomina swoje odkrycie pracownik rybnickiego muzeum, który na bułgarskim stanowisku archeologicznym spędził już dziesięć sezonów badawczych. Pracował też na Krymie, w Turcji i Gruzji, a do Bułgarii wraca w lipcu.

Wizerunek znajduje się na kamieniu fachowo nazywanym kluczem sklepienia.
– Do bazy archeologicznej musiała go przewieźć koparka, bo ważył kilka ton. Na froncie ma postać Minerwy, choć nie zachowały się fragmenty tarczy i włóczni, jakie trzymała w dłoniach. Ozdobiony jej wizerunkiem kamień znajdował się w łuku nad wejściem do sporej zbrojowni, tzw. armamentarium, należącego do I Legionu Italskiego, Legio I Italica – opowiada Rybniczanin.
.jpg?1783586465373)
Budynek, w którym rzymscy żołnierze trzymali artylerię rzymską, m.in. katapulty i rozmaity sprzęt wojskowy, z czasem przekształcono w horreum, czyli magazyn. Z czasem też siedziba legionu, w którym mogło stacjonować ok. 4500-6000 żołnierzy, stała się wczesnobizantyjskim miastem m.in. z kompleksem biskupim z dwiema bazylikami.
Wiemy o tym właśnie dzięki archeologom, którzy systematycznie od 1960 roku pracują na bułgarskim stanowisku Novae nad Dunajem. Nie powstało tam współczesne miasto, więc jest to jedno z lepiej przebadanych stanowisk tego typu.
– Kolonia, Moguncja, Wiedeń, Budapeszt czy Belgrad także mają rodowód rzymski, ale prace archeologiczne mogą się tam odbywać tylko okazjonalnie, ratunkowo. W Novae nie mamy tych ograniczeń, dlatego prowadzone są szerokie, powierzchniowe i regularne badania, które od lat stanowią skarbnicę wiedzy – zauważa Marek Niesobski, który pierwszy raz pojechał tam w 2011 roku, jeszcze jako student pierwszego roku archeologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
.jpg?1783586663364)
Rybnicki Indiana Jones?
Oczywiście oglądał filmy z Harrisonem Fordem, ale to nie one zainspirowały ucznia klasy biologiczno-chemicznej I LO im. Powstańców Śląskich do studiów archeologicznych. Szukał powiązań z historią, którą zawsze się interesował, a okazało się, że w archeologii przydaje się również znajomość biologii, chemii, matematyki czy rysunku, którego uczył się w młodzieżowej grupie Magia Koloru u artystki Grażyny Zarzeckiej. To właśnie ta umiejętność zapewniła mu udział w pierwszym wyjeździe na stanowisko archeologiczne do Bułgarii. Rok później był też w Sewastopolu na Krymie, na terenie którego znajdują się ruiny starożytnej greckiej kolonii Chersonezu Taurydzkiego. Miejscu, które polubił za cenną przeszłość i bliskość Morza Czarnego, poświęcił pracę magisterską. Dziś jest archeologiem ze specjalizacjami orientalno-antyczną i pradziejowo-średniowieczną. Może prowadzić badania wykopaliskowe na terenie Polski i w basenie Morza Śródziemnego, a od trzech lat pracuje w rybnickim muzeum, gdzie kieruje Działem Historii, Kultury Regionu i Rzemiosła.

Prowadzi też zajęcia dla młodych ludzi, zdarza się, że również po angielsku.
– Nazwałem je „Szukając w gruncie rzeczy”, bo przecież to najtrafniejsza definicja tego, co robi „kopiący” archeolog – mówi z uśmiechem.
Skarby rzymskiego legionu
Szukał już na polach w okolicach Poznania. – Idzie się tyralierą kilka kilometrów przez świeżo zaoraną ziemię i sprawdza, czy na skutek orki nie pojawiły się na powierzchni jakieś artefakty – mówi archeolog o projekcie AZP, w którym uczestniczył. Szukał i wciąż szuka w okolicach bułgarskiego Swisztowa, na terenie dawnego rzymskiego obozu legionowego i antycznego miasta Novae. Łatwo nie jest – prace zaczynają się o 6.00, by uniknąć upału, a ekipie badawczej mieszkającej w dość spartańskich warunkach na terenie bazy archeologicznej w pracy pomagają lokalni robotnicy. Wciąż używa się łopat, taczek i kilofów, w ruch idą też szpachelki, szczotki i pędzle, a także sprzęt geodezyjny i wykrywacze metali.
_1.jpg?1783587370636)
Tak odkrywa się przeszłość Novae, gdzie, jak wyjaśnia Marek Niesobski, do połowy V wieku n.e. stacjonował legion rzymski powołany przez cesarza Nerona. Ich obóz zajmował prawie 18 ha.
– Forteca, pierwsze kamienno-ceglane mury i cała infrastruktura obozowa są przypisywane działaniom I Legionu Italskiego. Wiemy też, że zbudowali potężną zbrojownię z wielkimi filarami, większymi od tych w naszym Antoniczku. Legioniści korzystali również z kompleksu łaźni, które posiadały kilka pomieszczeń z basenami o różnej temperaturze wody. Stworzyli nawet przestrzeń, którą moglibyśmy dziś nazwać MOSiR-em tego obozu, a następnie miasta, gdzie można było zagrać w kości, brać udział w zawodach gimnastycznych czy zapaśniczych – opowiada archeolog.
W trakcie dziesięciu sezonów w ramach Międzynarodowej Interdyscyplinarnej Ekspedycji Archeologicznej UAM „NOVAE” wspólnie z jej członkami eksplorował kolejne kwartały i znajdował najróżniejsze artefakty: naczynia ceramiczne, ceramikę budowlaną, detale i elementy architektoniczne, gwoździe, biżuterię, lampy gliniane, sztylety, fragmenty zbroi czy monety. Najstarsze znaleziska mają około 1900 lat, najmłodsze około 1400. Zanim trafią do lokalnego muzeum lub magazynu, trzeba je oczyścić sfotografować i narysować.

– Cenny może okazać się zwykły kawałek ceramiki budowlanej, gdy w mokrej jeszcze niewypalonej glinie przypadkiem odcisnęła się ręka pracownika albo podbity ćwiekami rzymski but legionowy, tzw. caligae, od którego swój przydomek wziął cesarz Kaligula. Czasem to ponad dwa tysiące rybich ości lub postument posągu z okresu cesarza Gordiana III z inskrypcją w starożytnej grece, zawierającą podziękowania dla legionistów za pokonanie najeźdźców zza Dunaju. Innym razem to ołtarzyk na ofiary dla Liber Pater, bóstwa popularnego w pierwszych wiekach n.e., a czasem to monety – z mojego doświadczenia zawsze brązowe, nigdy złote – opowiada o znaleziskach kierownik wykopu.
Dlaczego tylko takie? – Złota moneta jest cenniejsza, więc gubiąc ją, właściciel robił wszystko, by ją odnaleźć, tak jak my, gubiąc dziś 200 zł. Brązowe monety miały niższe nominały, więc ich strata nie była tak bolesna – odpowiada Marek Niesobski, który wciąż chce wracać do Novae, bo wciąż jest tam wiele do odkrycia i zinterpretowania.
_1.jpg?1783587934341)
Kiedy więc nie ma go w muzeum ani na szlakach św. Jakuba, które z chęcią przemierza, z pewnością jest w Bułgarii – a na pewno spędzi tam trzy lipcowe tygodnie swojego urlopu.