Róże doktorowej

01.02.2026 Historia

W grudniu 1921 r. dr Anton Boretius był już spakowany i szykował się do opuszczenia Rybnika. Willa, którą wybudował mu tutejszy mistrz budowlany Paul Martiny wnet miała witać nowych właścicieli. Za cztery lata tak o tym budynku napisze „Skarb Rodzinny” – religijne czasopismo wydawane przez ojców werbistów: „Na obrazku widzicie nasz domek misyjny w Rybniku. Maleńki on i skromny, choć ludziska twierdzą, że to pańska wila. Cóż nam po pańskiej willi, jeżeli dla tak licznej rodziny za mała. Tu w tych murach mieszka trzech księży i dwóch braci zakonnych i 25 wychowanków”.

Zdjęcie domu Boretiusów z czasopisma „Skarb Rodzinny” czerwiec-lipiec 1923 r.

Po 16 latach pracy dr Boretius żegnał się z miastem, któremu poświęcił najlepszy okres swego życia. Dokładnie pamiętał moment, w którym dowiedział się, że tutejszy Julius Krankenhaus szuka lekarza naczelnego. Nigdy przedtem nie słyszał o żadnym Rybniku. Jego rodzinne miasto Danzig, czyli Gdańsk, nie oferowało takich dobrych warunków pracy, jakie zaproponowano mu w małym śląskim miasteczku. Tu nie dość, że powierzono mu zarządzanie szpitalem, to jeszcze od razu został lekarzem powiatowym. Miał wymagane kwalifikacje, doktorat z chirurgii obroniony na uniwersytecie w Berlinie, doświadczenie nabyte w kilku lecznicach i wiele zapału.

Przyjechał do Rybnika w 1905 r. Początkowo mieszkał na terenie szpitala, ale że szybko się zakochał, ożenił i rodzina zaczęła się rozrastać, to zlecił budowę tej dużej, choć wizualnie skromnej, willi tuż obok cmentarza żydowskiego przy ul. Brzozowej prowadzącej w stronę dworca kolejowego. W tym nowym domu urodził się Anton junior, potem Hilda. Tu nagle zachorowała malutka Malwina, której nie udało się uratować.

Przez okna domu, z którym się teraz żegnał, popatrzył na majaczące za drzewami bez liści budynki szpitala. Tylu ludziom tu pomógł, a swej córeczce nie potrafił. Trzy lata temu na pogrzebie tak pięknie mówił o niej pastor Reinhold. Pastorowa co wieczór przychodziła do jego żony, by ją pocieszać. Bardzo się zaprzyjaźniły. W tym katolickim mieście oni – ewangelicy – musieli się trzymać razem. A teraz musieli się szykować do wyjazdu.

Doktor spojrzał na siedmioletniego Antona, który brykał między spakowanymi walizami. Syn się cieszył, że długo i daleko pojadą koleją. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że będzie musiał się na zawsze pożegnać z kolegami, ze swoim pokojem i z ukochaną śląską nianią Gretą. Boretius przypomniał sobie, jak w 1905 r. przyszła do jego mieszkania, bo dowiedziała się, że szuka służącej. I została. Jeszcze był kawalerem. Potem, gdy ożenił się z córką dzierżawcy dworu w Lyskach, Greta pomagała pani doktorowej w prowadzeniu domu. Wszystkie jego dzieci ją uwielbiały. Ona też przeżyła śmierć Malwiny.

Mały Anton, który ciągle skakał i powtarzał: „Magdeburg, Magdeburg”, przerwał natłok wspomnień doktora. Dobrze, że mogą tu jeszcze spędzić święta Bożego Narodzenia. Przełożony domu misyjnego, który ma powstać w ich domu, wyraził zgodę, by Boretiusowie zostali do końca grudnia. Do salonu weszła zziębnięta doktorowa. Od dwóch miesięcy zabezpieczała swój wypieszczony ogród przed zimą, jakby zapomniała, że to nie ona będzie zrywać tu kwiaty w następnym roku.

W lipcu 1923 r. zakład księży misjonarzy odwiedzi ks. kardynał i arcybiskup poznański dr Dalbor, a jeden z uczniów wręczy mu bukiet róż jako pamiątkę z ogrodu misyjnego w Rybniku. „Katolik Codzienny”, który o tym napisze, nie wspomni ani słowem, że kwiaty to pamiątka po doktorowej Hildegardzie Boretius – niemieckiej ewangeliczce, która zadbała o to, by nie przemarzły.

8 czerwca 1940 r. w wielkim mieszkaniu w Magdeburgu przy Auguststrasse pani Boretiusowa odczytała treść otrzymanego telegramu. „Porucznik artylerii Anton Boretius, ur. 13 września 1914 w Rybniku Oberschlesien, został śmiertelnie ranny i zmarł dziś nad ranem”.

Ubrała się i wyszła z kamienicy, gdzie aż do 1938 r., tj. do swej śmierci, jej mąż przyjmował chorych. Jak w letargu poszła na cmentarz na grób męża. Pomyślała o swoich różach z Rybnika i zaczęła płakać.

Zdjęcie grobu z serwisu "BillionGraves"

--------------

Ta historia jest prawie cała prawdziwa. Dr Anton Boretius po podziale Górnego Śląska opuścił Rybnik, a w jego willi (obecnie probostwo) zamieszkali misjonarze. Rodzina Boretiusów wyprowadziła się do Magdeburga, gdzie doktor zmarł na raka. Urodzony w Rybniku syn, jako żołnierz Wehrmachtu, został ranny w czasie kampanii we Francji i zmarł w szpitalu we Frankfurcie. Został pochowany wraz z ojcem na cmentarzu ewangelickim w Magdeburgu. Na początku 1949 r. spoczęła tam doktorowa. Ich grób rodzinny zachował się do naszych czasów.

Pasjonatka historii
Małgorzata Płoszaj

Zobacz także

Rybnicka babcia australijskiego pisarza
Rybnicka babcia australijskiego pisarza

Rybnicka babcia australijskiego pisarza

Brakujący fragment czasoprzestrzeni Rybnika
Brakujący fragment czasoprzestrzeni Rybnika

Brakujący fragment czasoprzestrzeni Rybnika

Rybniczanie - bogaci, biedni, niezapomniani
Rybniczanie - bogaci, biedni, niezapomniani

Rybniczanie - bogaci, biedni, niezapomniani