Strona główna/Aktualności/Historia/Marek Szołtysek: "Koza na kryzys"

Marek Szołtysek: "Koza na kryzys"

30.10.2022Historia

Drożejące jedzenie, coraz więcej chemii w artykułach spożywczych, szukanie produktów zdrowych dla alergików - może w końcu spowoduje powrót do hodowania kóz przy naszych domach i na działkach? Ja już poważnie o tym rozmyślam, a na dzisiaj zrobiłem malutki krok w tym kierunku i na swoim tarasie postawiłem kwietnik w kształcie kozy.

Wszystkie rzeczy potrzebne do zrobienia koziego kwietnika, czyli płyta wiórowa, deski, farby, śruby i kółka - kosztowały 200 złotych. Zdj. Marek SzołtysekDawniej - i to nie tylko na Śląsku - gdy panowała bieda, koza była żywicielką całej rodziny. Kozy dawały mleko, z którego wyrabiano ser i masło. Było też z niej mięso i futro. Hodowanie ich uczyło zaradności, bo kozy można było łatwo wykarmić, pasąc je pod płotami. Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć o próbie zlikwidowania kóz. Opowiedział mi o tym Jarosław Sekuła, znawca kóz, który zebrał materiały historyczne na temat próby wyniszczenia ich w Polsce. A walkę z kozami prowadził m.in. komunista - Władysław Gomułka, szef partii władzy w 50. latach XX wieku. Jemu zwierzę kojarzyło się z przedwojenną biedą. A skoro w Polsce miał być socjalistyczny dobrobyt, to koza jako symbol starej biedy - musiała zniknąć. Komuniści obawiali się też, że gdy ludzie mając kozy, zyskają podstawę do częściowego wyżywienia się samemu, to da im wolność od władzy - a ona przecież chce uzależnić, by łatwiej manipulować i rządzić. Zatem Gomułka wydawał zarządzenia i zakazy hodowli, sprzedaży oraz kupowania kóz.
Ta kozia obsesja nie skończyła się, gdy po nim władzę w Polsce przejął Edward Gierek. Wtedy nawet po wsiach jeździły inspekcje weterynaryjne i robiono łapanki kóz - a głównie kozłów - by je na miejscu kastrować. W tych czasach słusznie minionych żadne gospodarstwa specjalizujące się w hodowli kóz były nie do pomyślenia. Koza przetrwała wtedy tylko w przydomowych chlewikach, gdzie ręce państwa nie dotarły.

Trzeba jednak powiedzieć szczerze, że komuniści nie byli jedynymi wariatami, którzy walczyli z kozami. Bo tutaj palmę pierwszeństwa ma polska szlachta (!). Niewiarygodne? A jednak! Szlachta ta w XIV, XV
i XVI wieku otrzymywała wiele przywilejów, które praktycznie zrobiły z chłopów niewolników. Oni musieli za darmo odrabiać pańszczyznę na polu szlachcica z użyciem wołów. Tego woła chłop najczęściej wynajmował od szlachcica, ale musiał go żywić. Koza zaś była zakazana, żeby nie zjadać wołom paszy. Dodatkowo chłop miał być zależny od szlachcica, a nie uniezależniać się żywnościowo przy pomocy hodowanych przy domu kóz.


A co się dzieje z kozą dzisiaj? Z jednej strony moda na zdrowe żywienie wywindowała atrakcyjność koziego mleka i sera. Z drugiej jednak strony ludzie trzymający kozy w zagrodach przydomowych muszą to właściwie robić w konspiracji przed przepisami i inspektorami weterynaryjnymi. To bardzo dziwaczna sytuacja. Bo jeżeli można bez problemów mieć psa i kota, to dlaczego nie kozę. Czy ona znów komuś zagraża?

Myślę sobie jednak, że kryzys gospodarczy rozpoczęty pandemią, a rozwinięty z powodu rosyjskiej wojny na Ukrainie - pewnie potrwa długo. Może związane z tym braki żywności i jej drożenie każe znów pomyśleć
o powrocie do hodowli kóz. Ja w każdym razie już o tym myślę, choć na razie oswajam się z kozami na poziomie estetycznym.

Otóż ostatniego lata wolny czas postanowiłem wykorzystać do zrobienia stojaka na kwiaty. Chodziło mi o śląski kwietnik. Ponieważ dawniej wśród kwiatów na śląskich łąkach pasły się kozy, to też zachciało mi się koziego kwietnika. Kupiłem w markecie budowlanym resztówkę płyty wiórowej - żeby dostać zniżkę. Do tego kilka desek, śruby, białą i czarną farbę. Chciałem też, by mój kwietnik miał kółka, by można go było przesuwać zawsze do słońca. Tak zrobiłem kozi kwietnik. Kosztował mnie około 200 złotych, z czego najdroższe były te kółka.

Autor Marek Szołtysek

do góry