Marek Szołtysek: Kamele, elefanty i yjzele

16.11.2025 Jeżech z Rybnika

Teraz w październiku w Rybniku, obok kąpieliska Ruda występował cyrk, ale bez zwierząt – bo takie standardy ochronne panują na świecie. Dawniej jednak, przed erą internetu, telewizji i fotografii, cyrk był miejscem, gdzie ludzie mogli zobaczyć i usłyszeć nazwę egzotycznego zwierza.

Zdjęcie: Kamele na rynku podczas prezentacji cyrku, który odwiedził Rybnik w 1995 roku. Cyrk ten rozbił swój namiot na łące u zbiegu ulic Reymonta i Wodzisławskiej, gdzie dzisiaj jest Lidl. Zdj. Marek Szołtysek

W śląskiej mowie panowała na ogół taka zasada, że jeżeli w lesie pod Rybnikiem mieszkały jakieś zwierzęta, to ludzie mieli na ich określenie stosowne nazwy. Stąd w śląskiej godce są takie słowa jak: sornik (sarna), lelyń (jeleń), zajonc, hazok (zając), ojla (sowa), liszka (lis), fazan (bażant) czy jaźwiyc (borsuk). Oczywiście śląsko godka ma też regionalne nazwy na zwierzęta gospodarcze: trusia, trusiek (królik), kaczyca (kaczka), gynś, ganś, huś, hanś (gęś), hyndyk, putek, pultok (indyk) albo ciga (koza).

Uzasadnione jest więc zjawisko, że skoro w śląskich lasach nie żyją nosorożce czy zebry, to na ich określenie nie ma regionalnych śląskich słów.

Jednak trzeba wiedzieć, że czasami świadomość istnienia jeszcze innych zwierząt docierała do Ślązoków na przynajmniej cztery sposoby:

Po pierwsze – DZIADY WĘDROWNE: Byli to chodzący po targach i jarmarkach żebracy, pieśniarze czy opowiadacze ciekawostek, którzy przyciągali uwagę posiadaniem jakiegoś niewielkiego egzotycznego zwierza w postaci papagaja (papugi) albo afy, czyli małpicy.

Po drugie – SZKOŁA: Choć szkolne nauczanie stało się na Śląsku praktycznie powszechne dopiero około roku 1780-1800, to jednak tam szkolni, szulmajstry, rechtory, czyli nauczyciele – szybko rozpropagowali yjzla (osła), który był symbolem szkolorzy leniwych, upartych i odpornych na nauczanie. Yjzel też głęboko wszedł w szkolną rzeczywistość, przez „oślą ławkę” albo szkołę o wątpliwym poziomie nauczania, zwaną: yjzka albo yjzyszula. Oczywiście nie można wykluczyć, że nauczyciele opowiadali uczniom jeszcze o innych zwierzętach z dalekich krajów, ale to nie było zjawiskiem masowym i nie skutkowało pojawianiem się śląskich nazw na te zwierzaki.

Po trzecie – CYRK: Do śląskich miast, jeszcze w czasach austriackich, a potem niemieckich, przyjeżdżali systematycznie wędrowni cyrkuśnicy. Jeżeli kogoś nie było stać na bilet na cyrkowe przedstawienie, to podczas wędrowania cyrkowego taboru starzy i młodzi z zaciekawieniem uczyli się, że to ogromne coś z długim kicholem to elefant (słoń), a to puklate (garbate) to kamela (wielbłąd). Oczywiście, poznawano i utrwalano te nazwy z języka niemieckiego, ale odmieniano po polsku: elefant, elefanta, elefantowi…

Wreszcie czwartym sposobem rozpowszechniania nazw i świadomości istnienia egzotycznych zwierząt była – RELIGIA: Przecież podczas kościelnych kazań i poznawania dziejów biblijnych ludzie dowiadywali się, że podróż Świętej Rodziny do Egiptu i Pana Jezusa do Jerozolimy odbywała się na yjzlu. Na czym do betlyjki przybyli z pokłonem i darami Trzej Królowie? Azjatycki Kacper na elefancie, europejski Melchior na koniu, zaś afrykański Baltazar na kameli.

Zatem te zwierzęce nazwy na Śląsku przyjęły się ostatecznie w XIX wieku. Nie może więc dziwić, że jak już otwarto zoo w Bytomiu (1898), w Katowicach (1925), a potem w Chorzowie (1954), to dla Ślązoków były tam w klatkach przykładowo kamele i elefanty, a nie brzmiące dziwacznie – wielbłądy i słonie. Moja ciotka nawet tak była zdezorientowana polskim słowem „słoń”, że u rzeźnika nigdy nie kupowała podejrzanie brzmiącej „słoniowej słoniny”, a tylko śląsko szpyrka.

Publicysta
Marek Szołtysek