Małgorzata Płoszaj: Pan Krakauer – numer obozowy 160142
Od wojny miał koszmary i lęki, które starał się w sobie dusić. Gdy zbliżał się 1 września, kompletnie nie potrafił funkcjonować. Patrzył na dzieci radośnie idące z tytami do szkoły i zaraz widział swoje, które zginęły w komorze gazowej Auschwitz. Pod powiekami miał obrazy Horsta, Ingi i Wernera, żonę Fridę prasujacą im białe kołnierzyki i spod tych powiek płynęły mu łzy. Teraz mógł jedynie dzieciom sąsiadów z Łony dać po cukierku do tyty i pomarańcze, które dostawał od pasierba z Ameryki.

On – numer 160142 – przeżył
On – nr 160142 – przeżył. Majer Szulim Krakauer, przedwojenny rybnicki handlarz końmi, wrócił do miasta na początku lata 1945 r. Przed wojną nie było mu lekko w Rybniku, co wynikało nie tylko z tego, że był Żydem. Wielokrotnie stawał przed wymiarem sprawiedliwości za różne szwindle i kombinatorstwo. Nie był postacią krystaliczną, choć zapewne barwną.
Przedwojenny handlarz końmi z Rybnika
Prawdopodobnie krótko przed 1 września 1939 r. wyjechał do Sosnowca z żoną, jej synem z pierwszego małżeństwa oraz trójką ich wspólnych dzieci. Już w 1940 r. trafił do obozu pracy przymusowej, a w 1943 do Auschwitz i stał się numerem 160142. We wrześniu 1943 r. po raz ostatni widział na placu obozowym swoją żonę. Z powojennych dokumentów wynika, że był też w Birkenau i jakimś obozie w Warszawie, skąd w sierpniu 1944 r. wywieziono go do Dachau. Tam został numerem 88773. W dokumentach ZBOWiD-u, do którego po wojnie należał, napisał: „Wyzwolili mnie 2.05.1945 – wojska amerykańskie”.
Przeżył dzięki koniom
Miałam okazję rozmawiać z kilkoma osobami, które mgliście pamiętały Krakauera z czasów powojennych. Ale dopiero rozmowa z panią Barbarą z Leszna, która jako młoda kobieta przez 3 lata mieszkała w Rybniku, wyjaśniła mi, co oznaczało określenie „przeżył dzięki koniom”. Tak bowiem Rybniczanie enigmatycznie opisywali jego ocalenie. Pani Barbara, w latach 60., była sąsiadką dawnego koniarza i jego drugiej żony, dla której przeszedł na katolicyzm. To od byłej mieszkanki Rybnika dowiedziałam się, jak bardzo lubił dzieci sąsiadów i jak na ich widok szkliły mu się oczy. Zresztą ta sympatia była wzajemna, gdyż dzieciaki z okolicy za nim przepadały. Nie miał wielu znajomych, wręcz unikał towarzystwa dorosłych. Od czasu do czasu zwierzał się jedynie mężowi pani Barbary. To jemu opowiedział, jak przeżył. W Dachau był kimś w rodzaju koniuszego.
Pod sam koniec wojny został przeniesiony do podobozu Dachu, tj. do Mühldorf, a w kwietniu 1945 r. do tzw. Waldlagru V (obozu leśnego) w pobliżu Ampfing. Była końcówka wojny, Niemcy mordowali świadków, więc Krakauer czując, że może zginąć, na kilka dni przed wyzwoleniem zakopał się w wozie z końskim obornikiem, który wywożono poza obóz. Uratował go koński gnój. Po kilku dniach tułaczki po rozległych lasach spotkał Amerykanów.
Życie po wojnie
Godzinami potrafił opowiadać o koniach. Pewnego razu, gdy na kilka dni wyjeżdżał z żoną, przyniósł sąsiadom damską torebkę na przechowanie. Bał się, że go okradną, jak wtedy, gdy przyjął do swego mieszkania dwóch bezdomnych. Bał się też kontroli służb bezpieczeństwa. Z rozmów z Rybniczanami wiem, że handlował dolarami, co w tamtych czasach było bezwzględnie zakazane. Dolary, ale i wspomniane słodycze oraz pomarańcze, przysyłał mu pasierb – jedyny, poza Krakauerem, który dotrwał końca wojny w niemieckim obozie.
Według słów pani Barbary „pan Krakauer” był bardzo schorowany, nigdy się nie śmiał, a jedynie lekko uśmiechał, szczególnie gdy widział dzieci. Moja rozmówczyni nazywała go „panem Krakauerem”, a te słowa wypowiadała z wielkim szacunkiem. Pamiętała, że miał jakieś kontakty z Cyrankiewiczem (zapewne z czasów pobytu w Auschwitz) i myślę, że to uratowało mojego bohatera przed wymiarem sprawiedliwości, gdy zaraz po wojnie w 1948 r., aresztowano kilka osób za handel dewizami i złotem. Jednym z sądzonych za ten zakazany proceder był Majer Krakauer.
Ostatni ślad po Majerze Krakauerze
Zmarł na początku lat 70. ub. wieku i został pochowany jako Jan Krakauer na cmentarzu parafialnym w Rybniku. W odległym od Rybnika Lesznie, w rodzinnym albumie pani Barbary, do dziś jest zdjęcie ocalałego z Zagłady rybnickiego Żyda stojącego przed domem przy ul. Łony z dziećmi sąsiadów i sąsiadkami. Może ktoś się rozpoznaje na tej fotografii?
Zobacz także
Małgorzata Płoszaj: „I że już więcej nie kuleję i bez kija chodzić mogę”