Strona główna/Aktualności/Historia/Abecadło Rzeczy Śląskich. Znaki na niebie czyli jak (..)

Abecadło Rzeczy Śląskich. Znaki na niebie czyli jak meteoryty spadły na Rybnik

06.08.2022Historia

Jesienią 1975 roku na Rybnik z nieba spadały kamienie. Może ktoś z naszych Czytelników pamięta do dziwne zjawisko? Czy był to wówczas jakiś szczególny „znak na niebie”? Czy należy z tym wiązać kryzys polityczny i gospodarczy z następnego roku 1976, kiedy to latem wprowadzono w całej Polsce kartki na cukier? Tak czy inaczej znaki na niebie są bardzo interesujące.

Meteoryty, które spadły z nieba na Paruszowiec na tle obrazu „Nieba” Vincenta van Gogha

Ludzie od zawsze spoglądali w niebo by więcej zrozumieć z tego, co dzieje się na ziemi. Już w starożytności robili tak zwykli ludzie ale też mezopotamscy i egipscy astronomowie oraz astrologowie. Z Biblii dowiadujemy się zaś, że słup ognia na niebie wskazywał Żydom drogę z niewoli egipskiej do Palestyny. Mędrcy ze Wschodu też kierowali się betlejemską gwiazdą na niebie, która zaprowadziła ich do nowo narodzonego Jezusa. A czym bardziej rozwijała się astronomia, tym większy zauważano związek między ruchem planet a przykładowo przypływami morza. Skoro więc planety działają na wielkie morze, to cóż dopiero na małego człowieka. Patrząc jednak w niebo, ludzie nie tylko układali sobie horoskopy, ale wprost tłumaczyli nieszczęścia. Oto przykład z „Roczników” Jana Długosza z XV wieku. Czytamy tam, że w styczniu 1472 roku na niebie nad naszą częścią Europy pokazała się kometa z długim ogonem, nazwana „Topór Boży” i miała zapowiedzieć, że tego samego roku latem będą ulewy, nieurodzaj i epidemia.

Przeróżne opisy znaków na niebie znajdujemy w wielu kronikach. Czy jednak można wyliczyć tego typu zjawiska wśród dawnych rybniczan? Znalazłem takie zapisy w kronice Franciszka Idzikowskiego, a właściwie w dodatku do niej, co dopisał w 1925 roku Artur Trunkhardt. Można tam przeczytać, że rybniczanie widzieli na niebie kometę w 1811 roku. Wtedy na mieszkańców padł blady strach, a wkrótce potem „/…/ nastąpiła wielka susza i wojna z Francją”.

Natomiast w drugim opisie czytamy: „Dnia 15 stycznia 1858 roku odczuto w wielu okolicach Górnego Śląska lekkie trzęsienie ziemi /…/ W Rybniku odczuto wstrząs w tym samym dniu wieczorem pomiędzy godziną 8.30 a 8.45. Dwa wstrząśnięcia trwające jedną lub dwie sekundy wywołały uczucie, jakby się ziemia pod nogami dźwignęła i osunęła. /…/ Niektórzy twierdzą, że słyszeli huczenie w powietrzu i widzieli błyskawice na zachodnim widnokręgu”. I to było zapowiedzią pojawienia się komety, która była widoczna w Rybniku? „We wrześniu 1858 roku widziano wieczorami wspaniałą kometę na zachodniej części nieba /…/ Wielu ludzi zadawało sobie wtedy pytanie, co nam ta kometa znów przyniesie?/…/”.

Czytamy też we wspomnianej kronice, że „w 1859 roku widziano często na niebie zorzę północną” i zaraz w następnym roku 1860 „/…/ musieli gospodarze w czasie żniw walczyć z bardzo wielkimi trudnościami, gdyż nie przyszedł prawie żaden dzień, żeby nie padał deszcz. Z tego powodu zwieziono zboże do stodół mokre. Ziemniaki zaczęły gnić już w lipcu/…/”.

Może jednak ktoś zlekceważyć powyższe teksty i powiedzieć, że to było „downo i niyprowda”. Więc oto informacja z pierwszej ręki. Otóż rybniczanin, Pan Teofil Basista z Rybnika-Paruszowca, w swoich zbiorach ma dwa meteoryty, które osobiście znalazł na Paruszowcu w 1975 roku. Przechowuje je w pudełku z następującą notatką: „Jesienią 1975 roku ludzie mieszkający w dzielnicy Rybnika: Paruszowiec, Piaski, Wielopole, Golejów oraz na Wilczy, zobaczyli wieczorem grad spadających gwiazd - meteory. Ponoć gdzieś tam narobiło to wiele szkód. Rano można było znaleźć bardzo wiele takich kulek ciemnobrązowych, których przedtem nie było/…/”.

Czy wzorem dawnych wieków ludzie z tymi spadającymi meteorytami wiązali jakieś nadzieje czy obawy? Tego Pan Teofil nie zapisał, ale faktem jest, że następnego roku latem przez Polskę przetoczyły się antykomunistyczne wystąpienia, potem represje, a w sklepach zabrakło jedzenia i władza wprowadziła kartki żywnościowe na cukier.

Autor Marek Szołtysek

do góry