Śląsk to coś, co pamiętam z opowieści babci Kazi

14.12.2025 Nasz wywiad działa

„Śląsk jest pewnym sposobem bycia, wyrażania uczuć. Może być czymś innym dla każdego. A ten mój to piosenki i opowieści babci Kazi. To jest to, co pamiętam z jej obrazków i też to, co przekazał mi tata – mówi Ania Drewniok, która właśnie wydała płytę „ćmi sie” i sławi język śląski na Wyspach Brytyjskich. Na święta wraca jednak do Rybnika.

Zdj. Michał Koczy

W Walii też są beboki? Są na Twojej płycie?
W Wali są smoki. To symbol tego kraju, taki najstraszniejszy walijski bebok. Ale nie ma ich na mojej płycie. Co prawda gra ze mną kilku muzyków z Walii i być może jakieś walijskie akcenty wchłonęłam podczas studiowania w Cardiff, ale płyta „ćmi sie” jest przede wszystkim śląska. Łączy śląski folklor i polską poezję śpiewaną. Choć znalazł się na niej też jeden utwór w klimatach bałkańskich. Ta płyta jest mieszanką różnych estetyk i europejskiego jazzu.

Zrozumiałbym, jakby na płycie pojawiła się Irlandia w związku z tym, że tata gra w zespole Carrantuohill. Ale Bałkany?
[Śmiech] Ale Bałkany też są przez tatę, bo jednym z jego ulubionych zespołów jest Fanfare Ciocărlia z Rumunii, z którym kiedyś Carantuohill zagrał koncert „Celtic Balkan Power Project” w Rybniku i NOSPR. W domu nasłuchałam się tych wszystkich trąb i bardzo mi się spodobała dzika energia tej muzyki.

Nie kusiło Cię, by dodać też trochę irlandzkich brzmień?
Irlandia była obecna w mojej muzyce od zawsze, dużo grałam na harfie i nadal lubię na niej grać z zespołem taty, ale zawsze chciałam zostać wokalistką. Widzę siebie raczej w folku wschodnioeuropejskim, niż tym celtyckim, ale kocham też jazz i musicale, m.in. dlatego pojechałam na studia do Wielkiej Brytanii, bo ona słynie z musicali. Chciałam najpierw nauczyć się w nich występować, a potem je pisać. Kierunek łączony na magisterce w Royal Welsh College of Music & Drama okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie straciłam kontaktu z warsztatem wokalnym. Ale zostałam tam także dla statusu imigracyjnego.

Pomagasz w Walii innym imigrantom?
Tak, pracuję w organizacji pozarządowej tworzącej „dom polityczny” dla ludzi z Europy Wschodniej, mieszkających w Wielkiej Brytanii. Wspieramy się w walce o nasze prawa, prawa człowieka, prawa ludzi marginalizowanych. Dołączyłam do tej organizacji w 2021 roku po wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. To był taki moment, w którym zorientowałam się, że moje istnienie jest polityczne i jako imigrantki, i jako kobiety, osoby, która jest objęta prawami reprodukcyjnymi. Nie chcę, by o tym decydowali politycy. Współorganizowałam wówczas protest w Liverpoolu, by pokazać, że Polonii za granicą też zależy na respektowaniu praw kobiet. A teraz robimy kampanię antyrasistowską. Wydaliśmy słownik antyrasistowski jako efekt pracy z osobami doświadczającymi rasizmu. To dobre antidotum na nienawiść, którą buduje się w społeczeństwie. Niestety rasizm jest głęboko zakorzeniony w kulturze polskiej i w naszym słownictwie. A trzeba traktować każdego człowieka jak indywidualną osobę, a nie wrzucać do worka jakiejś specyficznej grupy.

To jak to łączyć ze sztuką?
Uważam, że sztuka powinna być społecznie zaangażowana i mówić o takich rzeczach jak polityka, prawa człowieka, zwracać uwagę na wydarzenia, które się dzieją wokół nas. Powinna być reakcją na to, co się dzieje w społeczeństwie. Dlatego jak śpiewam przed zagraniczną publicznością, to staram się opowiadać też o języku śląskim i walce, która jest toczona w jego sprawie. Często poprzez metafory.

W stacji BBC śpiewałaś w języku śląskim…
Moja uczelnia co roku organizuje konkurs BBC Singer of the World, a wtedy chcieli pokazać osoby zajmujące się jednocześnie śpiewem i kompozycją, dlatego zostałam zaproszona do udziału w warsztatach. Śpiewałam po śląsku, co zostało odebrane z wielkim entuzjazmem przede wszystkim na Śląsku, gdzie zauważono, że to duży krok w promocji języka. Nigdy wcześniej nie było śląskiego w BBC.

Ta Twoja płyta jest po to, by pokazać, skąd jesteś?
Czuję się autentycznie mówiąc o rzeczach, które znam i śpiewając piosenki, które słyszałam, gdy miałam pięć lat. To część mojej tożsamości i estetyki, która została we mnie zaszczepiona.

To babcia Kazia śpiewała Ci o bebokach?
Opowiadała mi o nich bajki. Każda ma jakiś morał - przestrzega dzieci przed robieniem niebezpiecznych rzeczy, bo na przykład „piecuch w piecu siedzi, więc nie wrażaj łap do pieca, bo cię piecuch capnie”. Mamy też w rodzinie prawdziwy skarb – przepiękny album Pieśniczki Ligockiej Starzynki, ilustrowany przez babcię, która spisała wiele ludowych piosenek. Mam na epce w sumie trzy pieśniczki z tego babcinego albumu. A motywem je łączącym jest sen, noc i ciemność. Ta moja noc jest pretekstem do mówienia o uczuciach. Mam wrażenie, że wieczorem łatwiej mówić nam o uczuciach. W nocy czai się też dużo tajemnic. W piosence „A jo muszę sama spać” są beboki [śmiech].

To czym jest dla Ciebie Śląsk?
Pewnym sposobem bycia, wyrażania uczuć. Śląsk może być czymś innym dla każdego. A ten mój to są właśnie te piosenki i opowieści babci Kazi. To jest to, co pamiętam z jej obrazków, i też to, co przekazał mi tata. Nasz śląski język można włączyć i wyłączyć, bo na co dzień mówię po polsku, ale w sekundę potrafię się przełączyć na śląski, gdy dzwoni babcia, z którą sobie godom. Ale nawet jak wyłączam język, to Śląsk zawsze jest we mnie i w moim sposobie myślenia.

Podobno tęsknota jest najlepszą muzą?
Tak, pewnie gdybym mieszkała w Polsce, to nie zrobiłabym tego projektu. Gdybym nadal była na Śląsku, to nie wiem, czy pisałabym po śląsku. Wyjazd pozwolił mi zrozumieć moją tożsamość i spojrzeć na moją kulturę z dystansu. Na okładce chodzę w elementach stroju śląskiego między rybnickimi blokami. Te bloki to wspomnienie dzieciństwa, gdy biegało się między nimi. Podobne wspomnienie dla wielu osób stąd. To pejzaż Europy Wschodniej.

A jakbyś miała jedną śląską rzecz zabrać na bezludną wyspę, to co by to było?
Na pewno album piosenek babci Kazi. Chociaż nie wiem, czy by się nie zniszczył od morza, więc może to nie jest najmądrzejszy wybór. To może gumiklyjzy? Albo nie… moczkę! Zrobiłam nawet kiedyś moczkę w Cardiff dla znajomych, żeby pokazać im śląskie święta. Wszyscy się tego bali, bo nie wygląda najbardziej apetycznie, ale jak już spróbowali, to byli bardzo pozytywnie zaskoczeni.

Jak wyglądają święta w Cardiff?
Zazwyczaj wracam do domu, bo święta na Śląsku mają niepowtarzalny urok. Ale w Cardiff też jest pięknie, bo jest ogromny jarmark świąteczny, który się ciągnie przez całe miasto. Są karuzele i migoczą światełka. A moją ulubioną rzeczą jest lodowisko na błoniach zamku w Cardiff, łyżwy to moja pasja – uczę się jazdy figurowej. To lodowisko pod zamkiem, w niezwykłej scenerii jest wspaniałe, ale nie przeżyłam jeszcze takich tradycyjnych walijskich świąt. I znów nie przeżyję, bo Boże Narodzenie planuję tradycyjnie spędzić w Rybniku. Chyba jeszcze nie dorosłam do tego, by spędzać święta poza domem. Dla mnie to ważny czas z rodziną, bliskimi, z babciami…

Babcia Kazia opowiadała, jak razem kolędujecie…
Tata zazwyczaj bierze ukulele albo bas, ja gram na harfie, wszyscy śpiewają. Teraz dołączyli jeszcze Filip (5 lat) i Iga (2 lata), mój siostrzeniec i siostrzenica, którzy grają na jakichś przeszkadzajkach, grzechotkach czy bębenkach. To cudowna muzyka!

Ale na Twojej płycie „ćmi sie” nie ma kolęd?
Nie, ostatnia piosenka nawiązuje trochę do śląskiej religijności: „Z kim jo teroz byda spać, kiej jo niy mōm żodnego? Wezna jo sie Maryje i Józefka Świyntego.” Ale to jedyny akcent. Przyznam się, że trochę odeszłam od wiary, przez to, że została użyta jako narzędzie przez polityków. Na szczęście wiara, którą widziałam na Śląsku była dobroduszna, piękna i taka prosta - „Pōnbōczek ma mie w opiece”. Mimo że moja płyta nie jest stricte o świętach, to będzie pięknym prezentem pod choinkę.

Rozmawiał Aleksander Król

Ania Drewniok wystąpi 17 grudnia o godz. 18.00 w bibliotece. Jednocześnie w trakcie jej minirecitalu odbędzie się wernisaż "Kartka rybnickiego artysty".

Redaktor Naczelny
Aleksander Król

Zobacz także

Zimowe kartki rybnickich artystów
Zimowe kartki rybnickich artystów

Zimowe kartki rybnickich artystów